niedziela, 25 maja 2025

Niespodziewana obfitość

 


"Nigdy naprawdę się nie dowiemy,  co robimy sobie, ze sobą i dla siebie nawzajem"

Niespokojni ludzie, Fredrik Backman

W ramach świeżo założonego Klubu Czytelniczego wydzielonego w Łódzkiej Biblionetkowej Grupie Spotkaniowej przeczytałam "Niespokojnych Ludzi". Podobało mi się (od razu przyznam, że niektórzy rzucali nią o ścianę - ale w wersji papierowej, nie w czytniku) mimo że była o napadzie na bank, bo tak naprawdę nie o napadzie ani o ciastkach, chociaż mogła być o ciastkach. Tak naprawdę była głównie o relacjach. 

Narracja poprowadzona lekko, styl trochę ironiczny, tematy różnorakie i bardzo różni bohaterowie, Ikea w tle, pizza, feminatywy, intryga. Ja się na kryminałach nie znam, ale autor postarał się, żeby czytelnik był ciągle zaskakiwany, a nie żeby zgadł wszystko na pierwszej stronie i w nudach brnął do końca. Grupa łódzka, która na kryminałach się zna, też była przeważnie zaskakiwana. Tak, bardzo mi się podobało i myślę o tej historii i bohaterach z dużą sympatią. Był nawet romans książkowy - no kto by nie chciał?

Ale poza Klubem czytelniczym życie toczyło się jak zwykle, trochę jadłam, trochę czytałam, trochę chodziłam po internetowych księgarniach i w jednej dla żartu wpisałam w wyszukiwarkę Proust. Dla żartu, bo ja mnie więcej wiem, co Proust napisał. Okazało się, że nie wiedziałam ile ostatnio wydano. Listy, listy, eseje, młodzieńcze powieści, jakieś myśli o katedrach i żółtych ścianach. No cóż, gdyby to nie był Marcelek, to pewnie bym nie uległa, ale przecież to był Marcelek, więc uległam.


I tak jak się spodziewałam po tego typu akcjach wydawniczych - czcionka duża, marginesy wysokie, ceny jeszcze wyższe, ale nie żałuję, bo czego się nie robi dla ukochanego pisarza.

Po część paczek pojechałam do Empiku i tam zobaczyłam na własne oczy, co przeraża Gackową - książki w Empiku były kolorami. Tomy pierwsze w jednym kolorze, tomy drugie w drugim, ciekawe jak byłoby z dwudziestoma dwoma tomami Jeżycjady? Dużo wybierania.



Pomijając horror kolorystyczny, półki w Empiku są piękne a książki jeszcze piękniejsze i rozmarzyłam się, żeby tak mieć ogromną bibliotekę z oknem na ogród i Annę Kareninę całą w kwiatach, Nędzników w jednym tomie albo dwóch, Egipcjanina Sinuhe wydanego teraz bardzo prześlicznie, wszystko w jednym rzędzie i nawet nie według wzrostu.

No ale nie mam biblioteki a zwłaszcza ogrodu, więc pocieszałam się swoimi zeszytami, pisząc w nich i malując ale głównie pisząc. I wtedy przyszedł brat. 

- Zrobiłam postępy? 

- Tak. - Brat popatrzył chwilę na moje napisy dobrane kolorystycznie do obrazków i dodał - Ale skoro interesuje cię kaligrafia, to może spojrzałabyś na nią szerzej.

- To znaczy?

No i wtedy okazało się, że istnieje coś takiego jak typografia. I że litera ma nie tylko kolor, ale ma oko, ma wydłużenia dolne i górne, ma charakter, ma projektanta za sobą, historię, kontekst obyczajowy i tym wszystkim musi pasować nie tylko do obrazka ale też do treści napisu, bo stanowi z nimi całość.  Kiedy czytałam, jak w Kameliowym sklepie papierniczym właścicielka sklepu dobierała czcionkę do treści listu, to myślałam, ze to trochę żart i przesada, a tu najwyraźniej nie żart.  

Po godzinie (albo dwóch) miałam w notesiku zapisanych kilka książek, w sumie bym kupiła od razu, gdybym się nie zrujnowała na Marcelka, i dużo dużo różnych haseł. 

Cyfry nautyczne, sfragistyka, paleografia łacińska, fraktura, neografia, brachygrafia, minuskuły, kapitaliki. Omówiliśmy też pismo angielskie, blokowe, techniczne, wielbłąda w alefie i że alfabet grecki pochodzi od hebrajskiego, że w Afryce nie wiadomo w sumie jaki jest i że gdyby ludzie nie wymyślili pisma, to wymyśliliby coś innego no i w sumie słuszne, bo jakby spisano Iliadę.

Otworzyła się przede mną cała nowa dziedzina, szkoda trochę, że na starość, ale nie ma co narzekać. Przecież nie muszę jej zgłębiać całej, fajnie natomiast popatrzeć na tekst i zobaczyć nie tylko kolor ale i charakter. Taki na przykład cytat w moim nowym reading journalu wygląda trochę jak poskręcane korzenie i pasuje o ile nie do treści to chociaż do obrazka. Taką mam przynajmniej nadzieję, czego i Wam życzę.




Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! 

niedziela, 18 maja 2025

Gastryczne magnetyzmy

 


W toku dni, jakie nastąpiły po jego powrocie, des Esseintes przepatrywał swoje książki, a na myśl, że mógłby z nimi rozstać się na długo, smakował w zadowoleniu nie mniej rzetelnym niż to, którym radowałby się odnalazłszy je po prawdziwej niebytności. 

Na wspak, J.-K.Huysmans

J.-K. Huysmans, którego to nazwiska wymowę sprawdzałam cztery razy, ale i tak nie pamiętam i słusznie, bo Huysmans jest francuskim pisarzem pochodzenia flamandzkiego, a flamandzki, jak ogólnie wiadomo jest mało wymawialny,  otóż Huysmans doszedł do wniosku, że wszystko w literaturze już było, a jak było, to jest nudne (podobnie zresztą mój wnuczek ocenia zabawki, którymi się musi bawić przez pół roku) i należy wymyślić coś nienudnego i nowego. 

Wymyślił więc diuka des Esseintes, dekadenta, który zamknął się w domu z dwoma służącymi i zaczął oddawać się różnym fascynacjom przeważnie estetycznym i wysublimowanym poczynając od literatury łacińskiej, malarstwo, alkohole, poprzez kamienie szlachetne, zapachy, kwiaty doniczkowe oraz podróże, przy czym podróże na krześle przedkładał jednak nad pełnymi trudu podróżami naprawdę. Fascynował się również leczeniem swoich gastrycznych problemów sposobami niezwykle wysublimowanymi.

Fabuły tu w zasadzie nie ma, ani przygód, za to narracja jest tak magnetyczna, że nie można się oderwać i czułam się, jakbym wirowała na karuzeli coraz wyżej i wyżej, a opisy są tak bardzo malarskie i sensualne, że poszłam do Wikipedii i tam przeczytałam, że wszyscy w rodzinie Huysmansa byli od pokoleń malarzami i to naprawdę bardzo widać. 

Dekadentem bym być nie chciała, ale za to bibliotekę diuka, och, tę bym chciała mieć. Książki wydrukowane na specjalne zamówienie, na srebrzystym papierze chińskim, złotawym japońskim, czcionką gotycką naśladującą pismo ręczne, "pewien kupiec z Lubeki przysyłał mu papier z połyskiem, udoskonalony, niebieskawy, szeleszczący, z lekka łamliwy, w którego miąższu zamiast ździebełek słomy tkwiły złociste drobiny, podobne tym, jakie migocą w gdańskiej wódce."

Esseintes się z nikim nie spotykał i to czasem jest fajne, można czytać, można prowadzić journale, można robić ilustrowane Poszukiwanie straconego czasu, 




można nie sprzątać i nie gotować odświętnie, ale czasem, czasem spotykanie jest dobre dla duszy. I tym sposobem odbyło się u mnie spotkanie biblionetkowe. Ugotowałam krem z cukinii, zrobiłam humus z suszonych pomidorów, dwie sałatki oraz naznosiłam do domu różne dobra winne i bagietkowe. Wyprasowałam obrus lniany w maki i w czasie prasowania uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie prasuję w trudzie, ale czekam na święto. Na śmiechy, na rozmowy, na dobre jedzenie i wino. Na dobry czas. 

I czas naprawdę był bardzo dobry, dziewczyny zwiedziły wszystkie regały pojedynczo i w grupach, obejrzały moją książkową makietę, przy czym niektóre się zmotywowały a niektóre wręcz przeciwnie, ujawniły się różne frakcje dotyczące systemów ustawiania książek na półkach przy czym zwolennicy ustawiania według wzrostu (to ja) mają na półkach wszystkie książki ustawione według wzrostu, natomiast przeciwnicy cierpią od książek Umberta Eco rozmieszczonych w różnych pokojach i od Czechowa ustawionego na dwóch półkach oddalonych. Okazało się również, że niektóre tytuły są bardzo trudne do zapamiętania i czasem nam się wydaje, że czytaliśmy taką książkę Pratchetta, której Pratchett w ogóle nie napisał i że oglądaliśmy film, tymczasem oglądaliśmy serial ale też na ka. 



Naprawdę, spotkania, śmiech, wino i książki dobre są zwłaszcza w zimny deszcz, czego sobie i Wam wszystkim życzę. 

Dziękuję za wszystkie dobre słowa, otuchę, dobrego dnia!

niedziela, 11 maja 2025

Noc z mandalami

 


"... trzeba się ćwiczyć w dzielności."

Państwo, Platon

Dawno mnie tu nie było, ale chyba wracam.

W marcu zmarł mój mąż, a ja spałam w pokoju obok. Czy mogłam coś zrobić, gdybym nie spała? Lekarze i przyjaciele twierdzą, że nie mogłam. Sprzedałam więc jego samochód i laptop, została gitara, pudełko nut, przewodnik po Zakopanym, atlas grzybów. I czapka ciemnoróżowa z pomponem, którą zrobiłam dla siebie, a w której wychodził na balkon, kiedy było poniżej minus pięć stopni. -Zrobię ci granatową może, chcesz? Ale nie chciał.

Odwołałam więc wszystkie nasze zaplanowane wakacje, książki zakładam przytulnym wieczornym czytaniem, żeby oswoić noc. 

Na drutach nic nie mam, kawałek zaczętej skarpetki, ale nie mogę przebrnąć przez piętę, mimo, że mam stosowne zapiski z przeszłości. Na szydełku za to mam kolejne kocykowe kwiatki na życzenie wnuczki i w planie kocykowe kwadraty babuni na życzenie wnuczka. Kolory i wzory przez wnuczki zatwierdzone, ale kocyki szydełkują się wolno. 

Dalej prowadzę zeszyty lektur, w notesy wciągnęłam też wnuczkę, nie musiałam jej długo namawiać, też lubi zeszyty i napisy.


Wnuczka nie uznaje na razie spacji i pisze więc zupełnie jak Herodot, nawet tytuł i tematyka zbliżona. 

Na niedawnym spotkaniu łódzkim biblionetkowym usłyszałam komentarz koleżanki "kiedy Czajka jeszcze czytała książki starożytne". Wróciłam do domu i po chwili długiej pomyślałam, ale zaraz, przecież ja dalej czytam starożytne, bo dalej je lubię. Czy nie? Postanowiłam to sprawdzić, a wiadomo, że takie rzeczy najlepiej się sprawdza kwiatkami i legendą. - Ty powinnaś pracować w Urzędzie Statystycznym - powiedziała druga koleżanka i coś w tym jest.

Opracowałam legendę, przyznam, że trochę inspirowałam się kocykami temperaturowymi a trochę kolorami poziomów morza na mapach, w której każdy kolor przypisany jest do określonego przedziału czasowego. Wybrałam kolorowankę z mandalą kwietną i tak powstała mandala lat, w których książka została napisana. I zaraz potem zrobiłam drugą z językami, bo byłam ciekawa, jakie języki przewijają się w moich lekturach i w jakich ilościach. Oczywiście, w oryginałach nie czytam, może tylko poza Kubusiem Puchatkiem, ale wiadomo, dla Kubusia warto się poświęcić.   



Z pomiarów nad moim czytaniem wynika, że od trzech lat czytam głównie książki współczesne i faktycznie cała starożytność stoi na półkach i się kurzy, postanowiłam to zmienić.
Wyciągnęłam "Państwo" Platona i czytam powoli. Właściwie nic nie powinnam pisać o Platonie, bo o nim to już dużo napisano i w dodatku na ogół mądrze. 
Tak sobie jednak dziś pomyślałam, że może faktycznie był genialny i że faktycznie cała filozofia na nim stoi, ale na ludziach to on się nie znał. Pół Państwa (bo jestem w połowie) jest o tym jak z człowieka miotanego pokusami i żądzami  zrobić przepisem prawnym i lekturą prawomyślną człowieka idealnego. No, panie Platonie, tak się chyba nie da, chociaż jak się rozejrzeć dokoła, to ten pogląd pokutuje do dziś dnia.

I tak mija zimny maj. Mąż zawsze stawał w drzwiach, kiedy pisałam.
- Co piszesz?
- No bloga przecież!
Piszę bloga, ale tak naprawdę, to ćwiczę się w dzielności.

Dziękuję za komentarze. Dobrego dnia!

niedziela, 18 sierpnia 2024

Wzorniki na urlopach


"Firletka Jowisza odpowiada miłości Boga, sadziec konopiasty miłości ojcowskiej, głożyna afrykańska sprzeczkom miłosnym, a goździk postrzępiony miłości do literatury."

Błękitny fin de siècle, Justyna Bajda

Ponieważ z powyższych kwiatków znam tylko postrzępionego goździka, w końcu czerwca pojechałam w okolice Szczawnicy i oddałam się miłości do literatury. Dużo też chodziłam, ale bardzo dużo czytałam, nie gotowałam, więc chodziłam i czytałam na zmianę.

Tym razem postanowiłam być nowoczesna i pojechać na wywczas tylko z czytnikiem, ale jak widać na powyższym zdjęciu, paczkomaty są obecne nawet w górskich okolicznościach przyrody, więc papierową książkę nabyłam. Takich książki na czytniku czytać nie można - jest na to za śliczna. Ma kolorowe brzegi kartek, dużo pięknych ilustracji i próbnik odcieni niebieskiego wewnątrz okładki.



Głównymi bohaterami jest Gabriela Zapolska, Kazimierz Przerwa-Tetmajer i Stanisław Wyspiański (spodziewałam się jego obrazów, niestety, nie było). Najciekawsze dla mnie była, poza niebieskim oczywiście, Zapolska, czego się zupełnie nie spodziewałam. W swojej ignorancji i nieobyciu literackim czytałam tylko Moralność pani Dulskiej, a tu okazało się, że Zapolska pisywała do gazet i napisała liczne powieści, mało tego, napisała je w różnych kolorach. Bardzo więc teraz chciałabym przeczytać Sezonową miłość, która jest chyba szafranowa. Kazimierza Przerwy-Tetmajera natomiast nie mam chęci czytać, może dobrze, bo tropy w książkach są bardzo uciążliwe i wydłużają kolejkę książek do czytania. Błękitny fin de siècle przeczytałam z dużą przyjemnością i z zainteresowaniem. O pewnych rzeczach przy lekturze się nie myśli, na przykład dlaczego Izabela Łęcka ubierała się tak a nie inaczej, a szkoda jednak. W bardzo starym serialu (mój kolega z pracy wszystko, co powstało w dwudziestym wieku, określał jako bardzo stare) pod tytułem Przystanek Alaska, doktor Fleischman pyta swoją indiańską pielęgniarkę, o czym myśli, a ona odpowiada - o niebieskim.

Bardzo mnie to wtedy zachwyciło a teraz ja też mogę myśleć o niebieskim. 

Spacery zwłaszcza temu sprzyjały, byłam w okolicach Szczawnicy, było dużo słońca, gór, ścieżek, kwiatków, strumyków, jeleni i owiec strzyżonych oraz niestrzyżonych












.

Jeleń miał na imię Bartuś, przychodził na jabłka razem z łanią i małym jelonkiem. No, ale najdłuższe nawet wywczasy się kiedyś kończą, trzeba wracać do domu, do porzuconego w połowie antyku, więc co zrobić, wróciłam. 

Antyk przeczytałam resztkami silnej woli, niczym maratończyk, albo nawet ultramaratończyk, Przyznam, nie było łatwo, ale zawsze rano siadałam sobie z antykiem i z kawą w fotelu. Otwieram i czytam o piśmie i jakie pismo ma ogromny wpływ na rozwój społeczeństw, dziwne, myślę, że wspominają o tym w rozdziałach o wychowaniu (ostatnie rozdziały w Antyku), widocznie rzeczywiście jest ważne i ma wpływ nawet na młodzież, czytam, przewracam kartkę, patrzę, a ja jestem w środku książki. Zaraz! Przecież byłam już na końcu! Szybko okazało się, że książkę otworzyłam przypadkowo, zakładka siedziała grzecznie prawie na końcu. Odetchnęłam z ulgą i sobie pomyślałam, że z moją pamięcią nie jest jeszcze tak źle, pamiętałam, że czytałam o piśmie, pamiętałam nawet, że już z czytaniem jestem na końcu. Co by nie mówić, pamięć stara się jak może, podsuwa nam informacje, nieraz tylko niekompletne.

Mam od wielu lat owcę, uwielbia przymierzać moje udziergi, kupiłam ją w Zakopanem i od razu nazwałam Bubuliną. Bardzo byłam z siebie zadowolona, bo imię do owcy pasowało nad wyraz i bardzo z siebie byłam dumna, bo nie jest prosto wymyślić tak od razu jakiś fajny wyraz, a imię to już w ogóle. I otóż w ramach tej mojej miłości do literatury, czytam co pan profesor Koziołek napisał o Greku Zorbie, a on napisał, że Zorba na swoją wdówkę mówił Bubulina. Jak moja owca, pomyślałam, ale zaraz opadło mnie podejrzenie, że to jednak nie ja wymyśliłam Bubulinę. Rozczarowałam się trochę, ale i zadziwiłam, że przez ponad trzydzieści lat Bubulinę pamiętałam, ale skąd ona jest to już zupełnie nie. No trudno, dobre i to.

W domu uzupełniłam swój zeszyt lektur czyli Reading journal, który poza zaletami zwyczajnymi, czyli przypominającymi, co czytałam i kiedy, jaki to miało tytuł i jaką okładkę, ma również zaletę nadzwyczajną, można mianowicie wkleić sobie Bohuna (wiem, podły on był i dziki, ale jaki ładny).



  Mam nadzieję teraz już wrócić do normalnych aktywności, chociaż upał trwa i wakacje jeszcze też, ale trzeba wrócić do systematyczności, bo bez systematyczności się wszystko spiętrza, a spiętrzone nie jest miłe. 

Robię też na drutach, ale bardzo niewiele i bardzo powoli, sweter na sobie miałam chyba w czerwcu, więc wolę na razie myśleć o niebieskim, czego i Wam życzę. :)

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! 

niedziela, 23 czerwca 2024

Numery z kolorami

 


"Ludy nieznające pisma często odróżniają, rzecz jasna, błahe podanie ludowe od poważnego mitu i quasi-historycznej legendy. Nie przywiązują jednak do tego zbyt wielkiej wagi, a to dlatego, że dopóki legendarne i religijne elementy tradycji przekazywane są ustnie, pozostają we względnej harmonii ze sobą nawzajem i z bieżącymi potrzebami społeczności. Uzgadnianie to dokonuje się na dwa sposoby: drogą nieświadomych operacji pamięci i za sprawą dostosowywania przez wykonawcę ujęcia i wymowy opowieści do oczekiwań słuchaczy. Są na przykład dowody na to, że takie adaptacje i pominięcia zdarzały się w trakcie ustnego przekazu tradycji greckiej. Odkąd jednak utwory Homera i Hezjoda, mieszczące tyle z dawnych greckich dziejów, wierzeń i kosmologii, zostały spisane, kolejne pokolenia stawały wobec coraz bardziej jątrzących wątpliwości: ile dosłownej prawdy jest w opowieściach o ich bogach i bohaterach? Jak wytłumaczyć występujące w nich oczywiste niekonsekwencje? I jak zapisane tam wersje wierzeń pogodzić z obecnymi?"

Następstwa piśmienności, Jack Goody i Ian Watt (w Antropologii antyku greckiego)

Tak, ciągle siedzę w antyku. Skończyła się tożsamość grecka, polityka, o której wiedziałam, że będzie trudna, mit i religia, o której myślałam, że będzie łatwiejsza, ale nie była i zaczęło się pismo. Pismo bardzo lubię i cenię od dawna, jestem wdzięczna, że mogę sobie podpisać słoik z mąką ziemniaczaną i nie pomylić jej z sodą chociażby, ale w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że pismo miało wpływ nie tylko na słoiki, ale na całe myślenie ludzkości. Bo człowiek zaczął myśleć logicznie, kiedy sobie coś zapisał i potem to przeczytał. Cała logika, historia i matematyka ponoć od tego się wzięła. Wzięło się też z pisania strasznie dużo subiekcji (jakby powiedziała moja babcia), kłopotu i pracy. Bo gdy było zapisane, to po stu latach trzeba było sprawdzać czy nie przekręcone, a po tysiącu latach trzeba było tworzyć nowe tomy z komentarzami, dowodami, interpretacjami. Na przykład taka Biblia. Ile się trzeba nakopać w piaskach, jakie technologie trzeba zaprzęgnąć do odczytania tych skrawków, które się wykopie, ile języków trzeba się nauczyć, a i tak do dzisiaj nie wiadomo co Ewa zerwała z drzewa, bo podobno nie jabłko. 

A bez pisma byłoby pięknie. Szekspir by się nigdy nie zestarzał ani Kochanowski, ubiory naturalnie przekształciłyby się w outfity i każdy wiedziałby o co chodzi. Czytać nie byłoby co, internetu by nie było, czasem tylko sąsiadka w drodze do pracy opowiedziałaby jakąś historię. Czasu byłoby a czasu, można byłoby na drutach robić albo myśleć o kolorach, co czasem się łączy a czasem nie. 

Na drutach mam komin z odzyskanej włóczki po sprutej chuście (pozaciągała się i rozciągnęła między niektórymi oczkami). Komin ma mieć charakter sportowy, będę zabierać go na kijki, a wiadomo im mnie na kijkach powiewa luźnych końców tym lepiej. Kolorów ma niedużo, ale i tak o nich myślę, bo okazało się, że niektórzy nie lubią jak kolorów jest dużo i w chaosie. Mnie chaos w kolorach w ogóle nie przeszkadza i nawet się zmartwiłam tym przez chwilę, ale potem sobie pomyślałam, że nie mogę mieć chaosu w książkach ani w journalach, widać więc z tego, że każdy ma swój chaos i swój porządek. Co zrobić.

Myślę też o tym jakie to nieraz człowieka dopadają przeszkody i podgórki. Nie wiem, czy to tylko ja tak mam, ale kiedy z silnymi postanowieniami trwania w niekupowaniu idę do sklepu po masło i śmietanę, witryna księgarni kusi malutką lokomotywą. No, wiadomo, w środku było z niekupowaniem tylko gorzej.


Zawsze tuż przed gotowaniem obiadu okazuje się, że mam zaległości w notesie z cytatami i koniecznie muszę te zaległości nadrobić, jako że w notesach też nie lubię chaosu.


Przy okazji ozdabiania starych cytatów, mogę sobie myśleć o kolorach, czyli mam już dwa w jednym, niestety na obiad ma to niewielki wpływ. Okazało się też, że luka nie była wcale niewinna, objęta czerwoną zakładką zajmuje cały prawie notes, a jeszcze pozostało sporo do uzupełnienia. Ogólnie wiadomo, co trzeba zrobić w takiej sytuacji, trochę mnie to martwi, bo znowu kłóci się z niekupowaniem. 


Jakby tego mało, tuż przed zmywaniem okazało się, że mam nowy piórnik i koniecznie muszę w nim ponumerować kredki, żebym jak wyjmę wiedziała gdzie włożyć z powrotem. Kształcę się w kolorach od dłuższego czasu (na razie głównie poprzez kupowanie kredek i myślenie o kolorach), ale nie bardzo odróżniam żółty od złotej zieleni a raczej od zielonego złota (numer 72). 


Tak, życie pani domu nie jest proste. Na szczęście cytaty mam nadzieję uzupełnić jutro, najpóźniej pojutrze, na kształcenie się w kolorach mam pomysł, 


ale nie zaczynam realizacji, bo w sobotę jedziemy na drugi urlop (na emeryturze fajne jest to, że urlopów jest tyle, ile się chce) i koniecznie muszę się spakować, przy czym nie mam jeszcze za bardzo planu na urlopową robótkę. Kocyk jest za duży i muszę odpocząć od szydełka, komin jest za mały. Nie chciałabym żebym przez kształcenie w kolorach pojechała na urlop bez drutów i outfitów sportowych   

Jednym słowem, tydzień zapowiada się aktywny, ale mam nadzieję wszystkiemu sprostać (zwłaszcza, że kredki mam ponumerowane), czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia!

Ps. Zakładka taka sama jak poprzednio, więc nie widać, na urlop Antropologia jednak zostaje w domu, jedzie ze mną czytnik i mam nadzieję się odzywać i zdawać relacje z czytania.      

niedziela, 16 czerwca 2024

Antyk z widokiem

 

"...filolodzy mają skłonność do picia w samotności, jeśli już widują się ze znajomymi, to zwykle po południu, przy herbacie. Antropolodzy, przeciwnie, gromadzą się koło północy i z plastikowych pojemników na odpadki piją żytniówkę z sokiem grejpfrutowym. Za tą różnicą idą kolejne - na przykład na płaszczyźnie retoryki. Antropolodzy lubią wieść spory w czasie otwartych spotkań, na których wstają i wygłaszają swoje płomienne, często bezczelne, przemowy. Natomiast filolodzy klasyczni są prawie zawsze uprzejmi - w rezultacie często nie sposób dociec, o co im właściwie chodzi."

Filologia klasyczna i antropologia, James Redfield (za Antropologią antyku greckiego)

Cytat jest z początku książki, dalej już tak śmiesznie nie jest, a że teksty są autorstwa filologów, rzeczywiście czasami nie wiem o co im chodzi. Zwłaszcza, że na ogół kwestionują ustalenia innych filologów i tym sposobem moje przywiązania i skąpa wiedza o antyku greckim sypią się w gruzy, okazuje się bowiem, że Frazer nie miał racji i naciągał fakty (a jego teorie w Złotej gałęzi były takie piękne i magiczne), a mit o Demeter wcale nie dotyczy zboża tylko czego innego. Łatwo nie jest, czytam mniej więcej pięć stron dziennie, nic dziwnego więc, że urlop czyli wywczasy zaskoczył mnie w jednej trzeciej Antropologii. Podjęłam śmiałą decyzję i zabrałam potwora ze sobą, zwłaszcza że mam od niedawna nowy worek (od Lusi) takiej pojemności, że zmieściły się w nim wszystkie moje hobby.


Nad morzem trochę siedziałam na kocu (ale doszłam do wniosku, że w pewnym wieku jednak bardziej stosowny jest leżaczek plażowy), trochę nie wiedziałam czy patrzeć na morze czy na chmury, więc patrzyłam raz tu raz tu. Morze dla mnie jest kwintesencją wakacji, wolności, przestrzeni, nie wiem czy to kwestia kolorów, horyzontu, szumu wody, wiatru, sznurków bursztynów, mew , pamiątek, czy może tego wszystkiego naraz.

Chodziłam więc plażą, szalik powiewał frędzelkami, mewy skrzeczały dramatycznie, łabędzie wyginały wdzięcznie szyje albo drzemały niedaleko brzegu, statek kołysał się na falach, gofry się piekły, ryby wędziły i były to piękne dwa  tygodnie. 









Bursztyn leżał czasem na plaży a czasem w muzeum, jednak na plaży był zdecydowanie mniejszy, chociaż też ładny.






W wolnych chwilach od patrzenia na morze robiłam alpakowe kwiatki i przyczepiałam szydełkiem do kocyka.


Zrobiłam też sobie sesję moich nowych sweterków na tarasie. 





Paski dalej trochę mnie kłują w oczy, ale już zostaną, są z podwójnej nitki Alize - bardzo milutkie, luźne, idealne na ciepłe letnie wieczory albo dni wietrzne. Granatowy jest z Belle i mnie trochę gryzie, ale poza tym jestem z niego zadowolona. 

I tak właśnie płyną dni do przepisowego lata, jedne urlopy się kończą, drugie się niedługo zaczną, bo na emeryturze najfajniejsze jest, że urlopów można mieć dużo a właściwie bez przerwy.

Dziękuję bardzo za Wasze wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)

PS. Antyk grecki zakładałam zakładką grecką