środa, 24 stycznia 2018

Różne przemiany widelca

Kreacja świata rozpoczyna się od środka (pępka), a każda konstrukcja, każda produkcja winna rozpoczynać się od jakiegoś środka, dokładnie naśladując ten podstawowy wzorzec. Rytualne rozpalenie ognia jest odtworzeniem narodzin świata. Dlatego właśnie gasi się wszystkie ognie pod koniec roku (odtworzenie kosmicznej Nocy) i z powrotem zapala w pierwszym dniu Nowego Roku (powtórzenie kosmogonii, powtórny początek świata).
Kowale i alchemicy, Mircea Eliade


Wszystko dzisiaj jest tak bardzo zwyczajne. Wbijamy widelec w panierowany kotlet schabowy albo sojowy (zależnie od upodobań i przekonań) i nawet przez myśl nam nie przejdzie, z jakich głębokich wnętrz matki Ziemi został wydobyty, ani w jakich kotłach i w ogniach się gotował i przemieniał.
Żyjemy sobie wśród fabryk, oswojeni z różnymi technologiami, komputerami, windami i samolotami i nie w głowie nam zaczynanie czegokolwiek od środka (nawet sweterek zaczynamy na ogół od góry, czasem od dołu). Rzemiosło stało się pracą, nie ma wtajemniczenia ani inicjacji, jest po prostu szkoła, godzina lekcyjna i wyczekiwany z niecierpliwością dzwonek. Wszystko bardzo ludzkie i przyziemne.

Kiedyś to było inaczej (powtarzam tylko po różnych uczonych, nie to, żebym pamiętała te czasy). Rudy metalu były utożsamiane z zarodkiem, ziemia z łonem matki, a kowal miał moc i panował nad czasem. Miał swoje mity, rytuały i symbole. Od razu trzeba powiedzieć, że na ogół straszne.
O tym jest pierwsza część książki, druga omawia alchemie chińskie i hinduskie, ogień jako środek przemiany. Ogólnie wszystko to jest bardzo ciekawe, ale w moim odczuciu laika, nieco zawile i rozwlekle. Zamiast więc napawać się przyjemnością czytania, marzyłam o końcu i o nowej lekturze, w którą mogłabym zapaść i trwać bez końca (ponoć są takie książki, w przypadku których marzymy, żeby się nie kończyły, ale wobec mojej kolejki kupionych a nieprzeczytanych, taki stan nierozważny jest mi obcy zupełnie).
Przy takich lekturach zawsze trochę żałuję, że nie jestem albo mądrzejsza, żeby z łatwością docenić różne zawiłe naukowe meandry, albo przynajmniej mniej skrupulatna, żeby nad niektórymi pasusami prześlizgnąć się okiem niedbale. 

Prawie tak samo mam z szaliczkiem, który nie tyle mi się dłuży, co blokuje rozpoczęcie sweterka, a dojrzałam już wreszcie do niego i mam chęć ogromną zacząć go nawet od środka.


Póki co siedzę w śniegu, marzę o nowej lekturze, nowym swetrze i nowych prześlicznych zakładkach z różnych miejsc zagranicznych, które dostałam właśnie w prezencie. W jednym z tych miejsc siedzą na dachach nasze bociany, a po plażach hasają zupełnie nie nasze wielbłądy, Jest dużo kotów, dużo tadżniów z gliny i bardzo dużo przypraw. Zdjęcia nie moje, ale co tam, warto się wydobyć z chłodów i sobie popatrzeć na marokańskie klimaty.












Tymczasem ja w temacie podróży ma robótkową torbę podróżną uszytą przez Urbasię. Bardzo milusia nawet w domu. :)


Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 17 stycznia 2018

Maglowanie z podkurkami

"Im dzień dłuższy, tym podkurek potrzebniejszy", przypominał imć Onufry Zagłoba u Sienkiewicza.
Zapomniane słowa, Magdalena Budzińska


 Słowa, słowa, słowa. Towarzyszą nam od urodzenia i potem idą krok w krok przez wszystkie nasze lata. Przychodzą do nas z teraźniejszości i z przeszłości, z zagranicy i z dużego pokoju, przychodzą do nas z książki, z telewizji i z internetu. Opisują nam rzeczy, ludzi, zdarzenia, rośliny, zrastają się z nami i stają się nieodłączną częścią naszego świata.
W pewnym momencie okazuje się niespodziewanie, że nasz świat podstępnie mija, a razem z nim mijają też słowa. Mijają z różnych względów - jedne mijają razem z rzeczami, które opisują, inne mijają wskutek mody lub z bliżej nieznanych przyczyn i przygód. Magdalena Budzińska wpadła na pomysł zapisania ich w książce. W tym celu zwróciła się do różnych osób z prośbą, żeby o takich zapomnianych słowach coś napisali.
Powstał leksykonik, w którym słowa poukładane są alfabetycznie a opisane bardzo rozmaicie. Jedne krótko, inne długo (niektóre nawet rozwlekle). Niektóre mają akcent osobisty, wspomnieniowy, niektóre filozoficzny, etymologiczny (te najbardziej chyba ciekawe), gwarowy.
Szmizetka, harmider, ponowa, szadź, pozłotka, samopiąt, skucha.
Jak to, skucha zapomniana? Wspominam swoje podwórkowe gry rozmaite, bo wspominanie jest przy takiej książce nieuniknione. Dlatego też na końcu jest miejsce, gdzie można sobie na poliniowanej stronie wpisać ołówkiem lub długopisem własne słowo.

W dzień prania z kuchni buchały kłęby pary, bielizna pościelowa, koniecznie biała, wycięta w romby obszyte koronką (z tych obkoronkowanych rombów inlet wyglądał bardzo ozdobnie i kontrastowo) gotowała się w wielkim kotle z podwójnym dnem. Babcia od czasu do czasu mieszała w kotle ogromną, drewnianą kopyścią. Potem bielizna wyłowiona szczypcami lądowała we Frani, następnie w wannie, by wreszcie, wypłukana i wyżęta wyżymarką na korbkę, zawisnąć na balkonie. Tam powiewała na wietrze, aż wyschła. Składałyśmy ją z babcią energicznie rozciągając - najpierw kilka razy lewe rogi, potem prawe, a potem po przekątnej. Zawsze wtedy było śmiesznie i trzeba było uważać, żeby nie zostać przeciągniętym . A potem, sztuka po sztuce, układało się pościelowe i ręczniki w kostkę, zawijało w zasłonkę i spinało agrafkami. Ten zgrabny tobołek niosłyśmy do najbliższego magla.
- Wiesz co to magiel? - pytam kolegę z pracy, jak zawsze kiedy chcę sprawdzić naocznie, czy różnica pokoleń to plotka.
- Nie.
- Nie? - dziwię się, jak zawsze, kiedy okazuje się, że różnica pokoleń faktycznie istnieje. - A "maglować" wiesz co to?
- Maglować na egzaminie? Wiem.

Jak dziwnie. Magiel z maglownicą pewnie przeminą, zastąpione przez profesjonalne prasowalnice , a studenci i biedni uczniowie dalej będą maglowani w oderwaniu. Taka przygoda.
Tymczasem uprawiam dzielnie minimalizm, redukuję rzeczy zbędne, pakuję nudne książki w torby i stare telewizory w kartony. Oczyszczam szafki i głowę, potrzebna mi zatem robótka prosta i wdzięczna. Znowu więc robię szalik, tym razem wersja letnia. Za oknem niby śnieg, ale lato przecież chyba znowu będzie. Jak i kiedyś było:



W oknach jest coś przyjemnego - pewnie przez to, że są nadzieją na światło. I na świat.


Bardzo, bardzo dziękuję za odwiedziny i za komentarze. Dobrego dnia! :)

środa, 10 stycznia 2018

Z kanapą przez świat


"... w podróżach nie chodzi o scenografię, ale o związaną z podróżowaniem myśl."
Trzeci biegun, Marek Kamiński

Szalik chevron zawsze kojarzył mi się z pociągiem, samolotem i dalekimi w meksykami, ponieważ to właśnie tę prostą robótkę Knitolog w podróży zabiera w podróż. 
Moją scenografią przeważnie jest niezmienna kanapa, więc bardzo mnie ucieszyła opinia, że nie powinnam się tym przesadnie martwić, ale skupić się na myśli. Myśl bowiem czasami nie jest mi obca. 
Zwłaszcza obca myśl. W każdym razie siedziałam sobie na kanapie, dziergałam szalik chevron i czytałam o tym, jak Marek Kamiński wyruszył w pielgrzymkę do Santiago de Compostela, przeszedł pieszo cztery tysiące kilometrów i wrócił z powrotem.  

Jako kanapowy laik, wyobrażałam sobie, że mnie byłoby trudno się zerwać z kanami, obuć w gustowne obuwie i ruszyć na szlak, zwłaszcza że przecież "nie trzeba by nigdzie iść. Można by leżeć na kanapie i czytać książkę albo spacerować z rodziną lub oglądać jakiś film. Po co iść z tym wielkim plecakiem i się męczyć?"
Ale taki podróżnik wytrawny i polarny, jak Marek Kamiński, po prostu trenuje cały rok wokół jeziora, a potem idzie sto dni, wraca, pisze książkę i wypoczywa. Takie miałam przekonanie, a książka jest o tym, jak bardzo się myliłam.
I jeszcze jest o duchowych wzlotach i upadkach, o utracie sensu, o determinacji, o wierze, o ludziach. O ludziach bliskich, obcych, spotkanych i mijanych w drodze. O pokonywaniu słabości. No, czasem nie można, więc wtedy po prostu siedzi się dziesięć dni w hotelu i czeka na świt.
"Ciemna noc wciąż trwa, ale do brzasku coraz bliżej. Tak czuję. Bardziej czuję, niż wiem."
I jeszcze "Nie doczekasz świtu, nie odbywszy drogi przez noc"

Krzepiąca jest świadomość, że siedząc na kanapie w ciemnościach, niekoniecznie jesteśmy nieudacznikami - czasami po prostu czekamy na świt, tak jak przytrafia się to największym polarnikom i świętym. Ważne, żeby w końcu wstać.

"Zaczynać dzień od rzeczy, które dają nadzieję."

Zwłaszcza w zimę "trzeba rano wstać, trzeba się doprowadzić do porządku i trzeba iść dalej. Bo kiedy przychodzi zima, należy sobie uzmysłowić jedno: że ciepło nie będzie."
Nasza zima jaka jest, każdy widzi, więc żeby nawiązać jakoś do odpowiedniej skali temperatur, wyciągnęłam ze swojego archiwum fotki znad morza.






Były to dawne czasy, kiedy myślałam, że jestem stara, a byłam młoda (stosunkowo) i kiedy myślałam, że ubieram się ciepło, a ubierałam się w kupne akryle. Samopoczucie w akrylu można mieć, jak widać, całkiem dobre.

Teraz jestem stara (stosunkowo), dziergam szaliki chevron ze stuprocentowej wełny. Kto by pomyślał. Szalik jest ciepły i lejący. Wdzięcznie owija się wokół Bubuliny.


W czasie podróżowania na kanapie, wszystkie moje myśli się ułożyły w porządku, stresy od bisiorów mniej więcej przeminęły, wyklarował się pomysł na sweter z ciemnozielonej merino. Tylko muszę wstać, wyciągnąć wzór i nabrać oczka na druty.

Dane techniczne, bo dawno nie było:
Włóczka: Magic Yarnart, 100% wełna
Druty: nr 5
Waga: 400 gram
Nabrać na druty 114 oczek i przez dwa metry przerabiać wzorem zygzakowym.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze. Dobrego dnia!

środa, 3 stycznia 2018

O szalikach i małych dziewczynkach

"- Nie wiadomo, czego się trzymać, żeby czuć się bezpiecznym...
- Ach, Strączku! - rzekła Dominika z oczyma pełnymi łez. - I coś ty wtedy zrobił?"
Kłopoty rodu Pożyczalskich, Mary Norton

Nie będę ukrywać, że zapadłam się w fotelu z kocem pod samą brodę i chciałam być znowu małą dziewczynką. Spod każdego koca trzeba kiedyś wyjść, nawet jeżeli ma w składzie bambus i bawełnę, w wyglądzie urzekające kolory i został pracowicie zrobiony własnoręcznie na drutach. Wyszłam zatem. Ubrałam pachnącą choinkę w mnóstwo strojnych zabawek, upiekłam piernik nieco twardy, ale w sumie nazwa zobowiązuje, nasmażyłam ryb i nakupiłam pierogów z grzybami jak prawdziwa dorosła. Jednak, żeby tak całkiem nie porzucać możliwości małych ucieczek pod koc, zamówiłam u Mikołaja nowe wydanie Małej Księżniczki (w starym tłumaczeniu i w starych ilustracjach), kolorową Cukiernię pod pierożkiem i "Kłopoty rodu Pożyczalskich" Mary Norton.


I to była bardzo dobra decyzja. Z Pożyczalskimi i z samą autorką zetknęłam się po raz pierwszy - w prawdziwym dzieciństwie jakoś mnie te lektury ominęły. Nie szkodzi jednak, bo i na starość można się nimi ucieszyć.
Książka poza urokliwą okładką jest bardzo starannie wydana i świetnie zilustrowana przez panią Emilię Dziubak.
Mamy tu wszystko, co małe dziewczynki (i te w czasie rzeczywistym i te w czasie minionym) uwielbiają. Stary dom, dziurę pod zegarem, malutki kredens z prawdziwego drzewa, filiżanki z czapeczek żołędzi i kołdrę z kawałka rękawiczki. Do tego mamy malutkiego Tatę, malutką Mamę i ich córkę Ariettę. Też, oczywiście, malutką.
Mamy różne przygody, niebezpieczeństwa, dobre i złe charaktery. Mamy optymistyczne spojrzenie na świat i jak najbardziej pesymistyczne. Jednym słowem - samo życie, bardzo udatnie podpatrzone.
Polubiłam się z bohaterami, zwłaszcza z przebojową Ariettą, ale też ze Strączkiem. Może najmniej z się polubiłam z Dominiką, mimo tego, że robi na drutach.

Z drutami bowiem też miałam malutki kłopot. Nakupiłam drogocennych kaszmirów i bisiorów (no, prawie bisiorów) i teraz nie mogę się zdecydować jaki wzór wybrać, żeby było pięknie i zachwycająco. Z tego niezdecydowania przez trzy dni nie robiłam nic. Aż w końcu mnie olśniło, że muszę nerwy uspokoić jakąś robótką dla początkujących, czyli wełnianym szalikiem. Wyciągnęłam więc dawny zakup, który miał być przerobiony chyba na chustę. Zakup troszeczkę gryzie, ale wynagradza to bajecznymi kolorami i zygzakowatym wzorem.
Pomysł dziergania szalika był świetny, dalej nie mam pomysłu na bisiory, ale za to stres trochę minął.
W dodatku od zamiejscowego Mikołaja dostałam istną Ariettę. Nie moczy co prawda stóp w kieliszku z absyntem, ale zadomowiła się na półce z książkami i przez całe dnie macha nogami w gustownych futrzanych botkach.



Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze i pozdrawiam bardzo serdecznie na ten Nowy Rok! Dobrego dnia! :)

środa, 6 grudnia 2017

Morze, czapka i wiatr


"Mama Muminka zeszła z krzesła.
- To czasem trwa. To może nawet bardzo długo trwać, zanim się wszystko ułoży - powiedziała.
I wyszła do ogrodu."
Tatuś Muminka i morze, Tove Jansson

Dla mnie właśnie ta przedostatnia część o Muminkach jest najstraszniejsza. Bo chociaż w poprzednich tomach los w postaci autorki (czy też odwrotnie) nie szczędził świata małych, pulchniutkich trolli, to jednak zawsze miałam silne przekonanie, że wszystko się ułoży. Mogłam, jak mama Muminka, zawsze powiedzieć z uśmiechem: wiedziałam, że sobie poradzicie. Albo, jak moja koleżanka stwierdzić z duszą na ramieniu: coś się przecież zaradzi. I faktycznie. Niezależnie od tego, czy to była kometa, powódź, okropna przemiana sztucznej szczęki Piżmowca (tak okropna, że nawet nie została opisana ogólnie, a co dopiero w szczegółach), zima na jawie, zawsze był jakiś sposób i zawsze każdy miał jakąś wełnianą czapkę (niektórzy, co prawda, podartą), niebieską puszkę kawy czy wszystkomającą torebkę. A nawet gdy ta zaginęła, to wszyscy jej szukali i na koniec był festyn. 

W tej części na pozór nic groźnego się nie działo. Tatuś się trochę gniewał.
"Jak się gniewać, to się gniewać - stwierdziła mała Mi, obierając ziemniaka zębami. - Trzeba czasem być złym, każde najmniejsze stworzenie ma prawo być złe. Ale tatuś gniewa się nie tak, jak trzeba. Nic nie wydmuchuje z siebie, tylko wciąga do środka."
Wciągał do środka, czuł się niepotrzebny (u tatusiów czucie się niepotrzebnym jest właściwie jeszcze gorsze niż katar) i marzył o wielkim pożarze, z którego mógłby uratować całą rodzinę. Albo o czymś równie groźnym, co wzbudziłoby ogólny podziw i zachwyt. U Prousta podobne marzenia miała ciocia Leonia (ta sama, która karmiła małego Marcelka magdalenkami maczanymi w naparze z kwiatu lipowego), ale o ile u Prousta wszystko skończyło się na marzeniach, u Jansson mamusia Muminka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i wrzucić wszystkich w życie szczęśliwe i pełne kłopotów. Jednym słowem, metaforycznie wrzucić ich w pożar. I to pomimo tego, że wiedziała od samego początku, że będzie to trwać długo, zanim tatuś ich z niego wyciągnie. O ile w ogóle.

I tym sposobem popłynęli na wyspę. Tu okazała się skalista rzeczywistość bez kwiatów i bez ozdobnych muszelek. Tu, mrożąc po drodze morskie fale, przywlokła się też Buka. Popsute, strome schody, popsuta latarnia morska, popsuty rybak, zapatrzone w siebie koniki morskie. Ale nie to wszystko było najstraszniejsze. Najstraszniejsza dla mnie w tej książce jest zupełna utrata sensu. Wobec takiej beznadziei nie jesteśmy w stanie już nic zrobić, nie jesteśmy w stanie niczego oswoić, pozostaje tylko ucieczka w głąb siebie, ucieczka w jakiś wymyślony, urojony sad pełen namalowanych, urojonych jabłek.

Czytałam i czytałam, i było mi coraz ciężej na duszy (i coraz bardziej nie lubiłam tatusia, przykro mi, ale nawet jego praca naukowa o morzu jest bardzo mało naukowa, w ogóle nie odkrywcza i nikomu niepotrzebna) i zastanawiałam się, dlaczego to jest w ogóle książka dla dzieci, i jak bardzo Tove opisała tu swojego tatusia i swoją mamusię, i swoją wyspę. I myślałam sobie, jak bardzo związki są trudne, chyba trudniejsze niż Buka, i że tak naprawdę wszystko dzieje się w nas, nawet jeżeli zazwyczaj dzieje się na zewnątrz.
"A gdyby tak wyspa oderwała się od dna i nagle któregoś ranka znalazła się, pluskając w wodzie, koło pomostu u nich w dolinie. Albo gdyby płynęła coraz dalej i dalej, przez wiele lat, aż spadłaby poza skraj ziemi niczym filiżanka spadająca ze śliskiej tacy...
Mała Mi doceniłaby to"
No tak, najlepiej jest być małą Mi, gwizdać sobie przez zęby i na wszystko patrzeć ironicznie i trzeźwo.




 
Tymczasem u nas przyszło zimno ze śniegiem, potem śnieg stopniał, a zimno zostało. W porywach jesiennego wiatru i w strugach mikołajkowego deszczu czekam na przystanku autobusowym i myślę sobie, że wybrało mnie dobre hobby, o wiele bardziej przydatne niż pisanie prac naukowych o morzu.
W wełnianej czapce i w wełnianym swetrze gwiżdżę trochę na wiatr i deszcz. Wiatr to nie do końca cała rzeczywistość, na którą można byłoby gwizdać, ale dobre i to.

Do prezentacji czapek zaprzęgłam (właściwie nadmuchałam) balona, który nie narzeka na brak fotogeniczności i nie twierdzi, że lewy profil ma lepszy. Nie wpłynęło to jakoś na światło za oknem, za to wpłynęło korzystnie na kulistość czapki.



Powyżej czapka magnolia - bardzo zgrabna w projekcie, moja jest z alpaki Dropsa i wyszła może trochę za subtelnie (zwłaszcza do zdjęć), ale wdzięcznie. Natomiast poniżej nie obyło się oczywiście bez Bubuliny, której nie zraziło wcale to, że prezentuje czapkę w formie naleśnika, ani to, że siedzi koło koleżanki w formie balona.
W końcu sama jest chińską pamiątką z Zakopanego (ale o tym jej nie mówię, żeby jej nie zrobić przykrości). W końcu nikt nie jest doskonały.


Bardzo, bardzo dziękuję za odwiedziny i za przemiłe komentarze! Trzymajmy się tacy i prezentów (dzisiaj to nawet wypada), dobrego dnia! :) 

środa, 29 listopada 2017

Kojenie nerwów czyli szare czapki w listopadzie

"Według mnie chodzi o to, żeby mnóstwo ważnych, bardzo istotnych rzeczy, które każdego z nas stale otaczają, umieć przemyśleć, przeżyć, zdobyć. Tyle jest najrozmaitszych możliwości, że włos mi się jeży na karku, gdy o nich pomyślę. A w samym środku tego wszystkiego siedzę ja - i jestem oczywiście najważniejszy.
Teraz, po latach, martwi mnie, że nie ma już tylu możliwości. Zastanawiam się, na czym to może polegać. W każdym razie ja nadal siedzę w środku i już to samo jest pociechą."
Pamiętniki Tatusia Muminka, Tove Jansson

Zwykle po zimie następuje wiosna, chyba, że jest to Zima Muminków, wtedy następuje coś zupełnie innego, Muminek jest jeszcze całkiem mały i jego Tatuś niespodziewanie dostaje kataru. I jak na ogół każdy Tatuś z katarem jest umierający, rozsiewa po ogrodzie chustki do nosa, nie chce pić mleka z cebulą, siedzi opatulony w liczne koce. Sprawy przybierają poważny obrót, nie pomagają ani cukierki, ani zabawne książki i nie wiadomo, jak to wszystko by się skończyło, gdyby Mamusia nie wymyśliła pisania pamiętników. Tatuś skupił się na sobie, tak jak zawsze lubił, katar przestał być chorobą śmiertelną, a my dzięki temu możemy teraz zatopić się w cudzych wspomnieniach. Możemy poznać tatę Włóczykija, Wiercipiętka z jego niebieską puszką po kawie, Fredriksona z jego marzeniami o maszynach i ciotkę Paszczaka z kleikiem i innymi bardzo nieprzyjemnymi rzeczami.

Wszyscy oni, utrwaleni w pamiętnikach niczym na pożółkłych fotografiach (teraz już żółkną raczej dyski i laptopy), spoglądają na nas żywo i jeszcze raz przeżywają swoje przygody. Śmieszne, straszne, wzruszające i romantyczne. A najważniejszy jest oczywiście Tatuś, nieco irytujący, jak to Tatuś. W środku.
Pamiętniki napisane są uroczystym, nieco staromodnym stylem Tatusia, jednak bardzo przyjemnym w odbiorze. I znowu można sobie pomyśleć o różnych sprawach, zastanowić się nad sobą, nad życiem, nad zbieraniem guzików, nad niezależnością i mieszkaniu na jabłonce.
A jeżeli jest się znerwicowanym duchem to można siedzieć przy piecu kaflowym i robić na drutach szaliki i skarpetki, "co jest bardzo kojącym zajęciem dla duchów o nadwyrężonych nerwach".
A jeżeli jest się ciotką Paszczaka, to najlepiej dać się porwać przez licznych Gryzilepków, grać w gry wychowawcze i urządzać harce na śniegu.

A kiedy już się nad tym wszystkim zastanowimy, to wtedy okazuje się, że to koniec Pamiętników i pozostają nam szaliki oraz "Opowiadania z Doliny Muminków"


Bardzo lubię tę część, a moją ulubienicą jest Filifionka, która bała się katastrof, prała dywany w wodzie morskiej i miała masę ozdobnych bibelotów oraz filiżanek ze złoconymi brzegami. Uwielbiam również opowiadanie o choince za przesłanie, że nie trzeba się bać Wigilii, jeżeli dobrze się ją zrozumie. Wzrusza mnie historia ostatniego smoka na świecie, w której właściwie nie smok jest najważniejszy, ale przyjaźń.

Kiedy się zastanawiam, dlaczego w sumie Muminki są tak świetne, to przychodzi mi do głowy Homek.
"Ja nie zmyślam - mówił, brodząc w bagnie. - Wszystko jest naprawdę. Wróg i Hotomomba, i węże bagienne, i wóz-widmo. Są tak samo naprawdę, jak na przykład nasi sąsiedzi, ogrodnik, kury i hulajnoga."
Opowiadania z Doliny Muminków, Tove Jansson

Właśnie, Jansson nie zmyśla. 
I tak samo jak hulajnogi, tak samo naprawdę są nasze lęki, samotności, różne manie, fisie i dziwactwa. I tak samo naprawdę jest cały urok tego wszystkiego. I myślę sobie, że tylko Tove mogła w dwóch zdaniach zmieścić węże, kury, Hotomombę i hulajnogę. Magię, prozę, śmiech i grozę.

Natomiast jako duch o nadwyrężonych nerwach siedzę nie przy piecu i dziergam nie szalik, ale czapkę, co zresztą jest równie kojące, zwłaszcza że to brioszka. Listopadową szarość osładzam przydymionym różem. Włóczka cicho owija się wokół bambusowych drutów, stroszy włoski, obiecuje miękkość i ciepło. Nie gryzie, więc dziergam powoli, niczym kota głaszcząc ją i miziając.
Amerykańscy naukowcy oraz meteo zapowiadają mroźną zimę.


"No i nadszedł sztorm, zupełnie nagle, tak jak nadchodzą zazwyczaj wszystkie prawdziwe sztormy. "Symfonia Mórz w pierwszej chwili zdziwienia straciła równowagę, ale zaraz potem dzielnie opanowała sytuację i mimo szalejącego żywiołu dalej pluskała łopatkami, jak tylko umiała najlepiej."
Pamiętniki Tatusia Muminka, Tove Jansson

Czego sobie i Wam życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :)

środa, 22 listopada 2017

Dzielna moda w długiej plisie

"Niewiastę dzielną któż znajdzie?
Jej wartość przewyższa perły.

O len się stara i wełnę,
pracuje starannie rękami.

Dla domu nie boi się śniegu,
bo cały dom odziany na lata"
Księga Przysłów 31.10


Jak to miło usłyszeć będąc w niedzielę na mszy te parę słów jakby całkiem o mnie. Wróciłam do domu bardzo podbudowana tym, że spełniam tak starożytne kryteria dzielności niewieściej. Co prawda od dawna miałam przekonanie, że wysnuwanie oczka za oczkiem całymi godzinami to nie do końca hobby, a "sprowadzanie z daleka" kaszmirów i jedwabiów to nie do końca rozrzutność, dobrze jest jednak usłyszeć potwierdzenie głośne i dobitne.

Zanim ten dzielny archetyp i atrybut kobiecy zostanie całkiem wyparty przez zakupy w galeriach i sieciach handlowych, mogę więc dom odziewać na lata ręcznie. A przynajmniej siebie na razie odziewać.


   Mój szary sweter zyskał kompletny dół i szeroką plisę, która bardzo wdzięcznie układa się w kołnierz szalowy. Plisę zamykałam po włosku zgodnie z postanowieniem, że nie idę już na łatwiznę z robótkami, skoro to archetyp, dzielność i inne poważne sprawy. Obejrzałam więc filmik nauczający zamykania włoskiego nie mniej niż dwadzieścia razy, po czym dwieście razy powtórzyłam sekwencję pięciu kroków, przeciągając przy tym igłą dziewiarską dwa kilometry włóczki. Oczywiście nie szycie i nie sekwencje są w tej metodzie najgorsze, ale to przeciąganie długalachnej nitki. I oczywiście przez pół szycia zamartwiamy się, że zostawiliśmy sobie na zamknięcie oczek za mało nitki, a przez drugie pół nabieramy przekonania, że mamy jednak za długą nitkę i kilometr przeciągaliśmy niepotrzebnie. No ale warto było, otrząsnąwszy się z włoskiej traumy przeszłam płynnie do rękawa, który pójdzie gładko i szybko, a przynajmniej mam taką nadzieję.

"Już widzi pożytek z swej pracy:
jej lampa wśród nocy nie gaśnie"
Księga Przysłów 31.18

Naczytawszy się o bisiorach i purpurach, w które ubierała się dzielna niewiasta i których nie należy mylić z basiorem ani z Czerwonym Kapturkiem, nabrałam chęci na pooglądanie wielu ubrań (czyli autfitów, jak mówi dzisiejsza młodzież i, o zgrozo, nie tylko) na przestrzeni wielu wieków.
Na szczęście pani Alicja Budzyńska i pani Katarzyna Olech-Michałowska napisały książkę "Trendy i owędy". Tekstu w niej nie ma za dużo, na drugie szczęście pani Agata Raczyńska poczyniła wiele, wiele ilustracji, więc miałam co pooglądać, kiedy nie byłam zajęta zamykaniem oczek metodą włoską.
Historia mody zaczyna się od Sumerów, a szkoda, bo ciekawie było zobaczyć Neandertalczyków i innych z Cro-Magnon. Sumerowie mają na sobie liściaste zielone sukienki, jakoś mnie to zaskoczyło, muszę pooglądać sobie na nowo sztandar z Ur. I faktycznie - autfity nieco jak z liści. Dalej są Egipcjanki w sukienkach z koralików (no ale do tego trzeba być tancerką), togi i chitony, saczki i dublety (jeden na górze, drugi na dole i to mnie trochę myli). jest też bardzo śmieszny surcot podróżny i szustokor nie wiem jaki. Jest też strona z butami, strona z okularami i strona z torebkami. Są mapki, dzięki którym wiemy gdzie jest Japonia a gdzie Namibia oraz kto tam mieszka i czy ma parasolkę czy nie.
W sumie tych stron nie jest dużo, na jednej mieści się cala epoka albo kilka epok, ale ilustracje zawierają tyle uroczych szczegółów, że można je przeglądać i przeglądać godzinami (chyba, że się zamyka akurat oczka metodą włoską).


Na samym początku mamy wycięty otwór w postaci manekina, w którym to otworze widoczny jest sam manekin. To niezwykle atrakcyjne w książce, albowiem jak ogólnie wiadomo w książkach zwykle nic nie jest wycięte i nigdy nie widać, co jest pod spodem.
Za oknem zresztą też mało co widać - szaro, mokro i zimno - istna Buka.


Ona na swój sposób cieszy się, że z nami może być. I że może nas poowijać w te mokre szarości, że może powiewać resztką liści melancholijnie, zanim grudzień nas wrzuci w szaleństwo śnieżnych kulek, przymrozków, dzwonków, choinek i reniferów. Może więc warto się zauroczyć tymi żółtymi oczami i czarną łapką, czego sobie i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, przemiłe komentarze. Dobrego dnia! :)