wtorek, 5 kwietnia 2022

Monitor i słoneczniki

 "Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go, żyjąc cudzym życiem. Nie wpadajcie w pułapkę dogmatów, żyjąc poglądami innych ludzi. Nie pozwólcie, żeby hałas cudzych opinii zagłuszył wasz własny wewnętrzny głos. I najważniejsze – miejcie odwagę kierować się sercem i intuicją."

Steve Jobs, źródło: https://potencjalprzedsiebiorczosci.pl/steve-jobs-cytaty/


Kiedy już opanowałam brioszkę i mogłam słuchać, ale nie mogłam jeszcze oglądać seriali, odłączyłam się od seriali a podłączyłam się do odtwarzacza audiobooków. I to było bardzo dobre. Liczba przeczytanych książek wzrosła, liczba seriali zmalała, a wiadomo, że seriale niedobre są w dużych ilościach. Tym sposobem przeczytałam biografię Steve'a Jobsa napisaną przez Isaacsona Waltera.

Do napisania książki zmusił go tak naprawdę Jobs, wybrał go dlatego, że Walter był autorem biografii Franklina i Leonarda da Vinci. No i bardzo dobrze zrobił. Powstał trójwymiarowy, żywy i, wydaje się, obiektywny portret człowieka, który nie pytał ludzi czego potrzebują, ale po prostu to wymyślał (ponoć Ford odparł, że gdyby miał pytać ludzi, to musiałby wyprodukować szybszego konia, a nie samochód).

Nie wiem, czy to dobrze, bo nieraz chciałoby się po prostu zdjąć ten cały nadmiar i zgiełk, usiąść nad strumykiem i w niego popatrzeć, zamiast w Instagram, ale cofnąć się tego już chyba nie da.

 Nie wiadomo też czy książka jest świetna, czy beznadziejna, ponieważ Jobs jej nie przeczytał i nie wyraził opinii, zupełnie jak nie Jobs. Bo Jobs zawsze miał opinię (zawsze zero-jedynkową) na temat wszystkiego czego produkowaniem się zajmował. Pracować dla niego pewnie było strasznie, bo nie był w ogóle dyplomatyczny. Ale gdy patrzę na toporne pudełko mojego peceta, cieszy mnie fakt, że gdzieś jest firma, w której inspiracją dla monitora były rosnące w ogrodzie Jobsa słoneczniki.

Jest więc dzieciństwo (bardzo pobieżnie), pierwszy Apple i wszystkie następujące po nim produkty, jest Pixar, jest praca, jest (dyskretnie) życie prywatne, są relacje z ludźmi, są wypowiedzi Jobsa i ludzi wokół niego. Bardzo pasjonujące 700 stron czy 97 rozdziałów audiobooka. Na fali książki powspominałam dzieje swojego komputeryzowania się (pierwszy komputer na uczelni był wielkości ogromnej szafy), obejrzałam jedną prezentację i jedną reklamę (tę z Wielkim Bratem) i film Pixara Wall-E. Bardzo śmieszną i wzruszającą historię o robocie Wall-E, jego ukochanej Sondzie i o ludziach, którzy już  muszą tylko wciskać przyciski podpisane piwo albo basen a i tak wracają na ziemię, żeby uprawiać pizzę na roli. Czyli robienie jest ważne i bardzo dobrze. 

Dzięki czemu skończyłam chustę z sowimi piórami. Jest tak śliczna i ciepła, że aż szkoda, że idzie lato. Chociaż nawet w lato bywają wieczory chłodne. Jest śliczna nawet nieblokowana, swoją drogą, na razie nie myślę, gdzie ja ją zablokuję, najlepiej byłoby dokupić jakiś pokój. Zdjęcie na razie w fotelu, bo nie wychodzę do ludzi jako że zakatarzona lekko jestem.


Jakoś prawdziwe kolory nie chcą się oddać, może jak już wyjdę w plener. Tymczasem jestem uwięziona w domu, na szczęście energia w miarę jest, głowa też, mogę więc czytać i produkować, czego i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, dobrego dnia! :)

poniedziałek, 7 marca 2022

Brioszkowe nauki

 "I did not want to spend another year in that office. I wanted out."

This Golden Fleece, Esther Rutter


(Nie chciałam spędzić kolejnego roku w tym biurze. Chciałam się wydostać.)

Zawsze możemy się wydostać, chociaż czasem nam się wydaje, że nie możemy. No, nie mogę zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, nie mogę przyjąć do domu rodziny uchodźców, nie mogę przestać myśleć, że w biały dzień do kraju obok wjechały czołgi, ale na pewno nie mogę siedzieć na kanapie pogrążona w stuporze. Wstałam, podlałam storczyki, wpłaciłam na pomoc Ukrainie, uśmiechnęłam się do wnuczki i do wnuczka i dalej robiłam na drutach. To jest moje wydostawanie się.

A co na drutach. Najpierw jednak co w podcastach. Wkręciłam się bowiem czas jakiś temu w oglądanie podcastów dziewiarskich. I o ile jeszcze niedawno wydawało mi się, że teoretycznie (a i zakupowo też) bardzo ewoluowałam w dzianiu od akrylu, poprzez wełnę, bawełnę, alpakę, merino, jedwab aż po kaszmir i wełnę z jaka, tak teraz okazało się, że w świecie anglosaskim można kupić (na szczęście dla mojego portfela nie tak łatwo w Polsce) nie tylko wełnę owczą, ale wełnę z konkretnej rasy owiec, uprzędzioną w konkretnej izbie. Moja komercyjna włóczka ma się do tej ręcznie przędzionej pewnie mniej więcej tak, jak serek Danone do serka od prawdziwego górala. Naoglądałam się różnych wybitnych dziewiarek i ich przepięknych ręcznie zrobionych wyrobów z ręcznie wyhodowanych owiec. Naoglądałam się luksusowych motków farbowanych i naturalnych. I też zapragnęłam jakiegoś luksusu. Nie żeby nakupić, ale może zrobić coś widowiskowego. Coś, czego jeszcze nie robiłam. I wtedy całkiem przypadkiem wpadła mi w oko chusta w sowie pióra. Kojarzyłam jeszcze z czasów pandemiczno-zamkniętych, ze Intensywnie Kreatywna zrobiła filmik. Niejeden. No i miałam w swoich pudełkach wełnianego Fabel delight kupionego w 2015 (tak!!) roku. I jakieś alpaki (dobrze, żeby nie przedłużać, od razu się przyznam, że alpaki dokupiłam)

Dwukolorowa brioszka we wzorek. Robiłam raz komin dwukolorowy zwykłym brioszkowym ściągaczem. Nigdy nie nosiłam, bo ma jakieś błędy - otóż o ile z dziewiarskimi błędami można nieraz żyć, to błędy w brioszce nie wybaczają i wyglądają okropnie. No ale w końcu - robię na drutach kilkanaście lat, jestem obłożona wydrukowanymi schematami i opisami, znam swoje słabe strony, więc co złego mi się może przytrafić? Nic. Pełna zapału puściłam pierwszy filmik razemrobiony, złapalam za druty i ... zgubiłam się już w piątym rzędzie (w piątym rzędzie tej chusty ma się na drutach tylko jedenaście oczek).

Co drugie oczko musiałam sprawdzać, czy robię alpaką lewe czy wełną z narzutem czy odwrotnie. Co sekunda musiałam sprawdzać który rząd robię, a który już zrobiłam. Najpierw kładłam sobie linijkę na schemacie, potem dodatkowo zaznaczałam zrobiony rząd markerem. Oczywiście odpadało oglądanie seriali, odpadało słuchanie podcastów. Odpadało nawet słuchanie muzyki. Po trzech dniach prucia miałam skraweczek chusty o bokach około ośmiu centymetrów i wydawało mi się, że zaczynam odróżniać oczko zwykłe od oczka z narzutem i lewe od prawego. Wtedy pomyliłam się w listkach. Sprułam. Zaczęłam od nowa i wyobraziłam sobie, że jestem na brioszkowych warsztatach i nie chodzi o robienie brioszki na czas ale o naukę. Tak mówiłam w pracy, ale i tak wszyscy mi współczuli. Po czterech dniach wydawało mi się, że odróżniam rzędy i zaczynam rozumieć kiedy jest lewo a kiedy prawo. Miałam już piętnaście centymetrów i nitkę ratunkową w połowie. I wtedy pomyliłam się w gałązkach. Jestem na warsztatach, jestem na warsztatach, jestem na warsztatach, sprułam, zmieniłam koncepcję kolorystyczną, zaczęłam jeszcze raz. Po tygodniu miałam znowu trójkącik osiem na osiem ale jakby zgrabniejszy i żwawszy nieco. Włączyłam sobie muzykę, potem audiobooka (bo do seriali to jednak brioszka się nie nadaje).

Po dwóch tygodniach mam duuuużo chusty. I co mogę powiedzieć - nie używam już markera, linijki - nawet na schemat nie patrzę, bo widzę gdzie wyrasta listek a gdzie gałązka. I myślę sobie, że nigdy nie jest tak beznadziejnie jakby się wydawało. Przynajmniej w brioszcze.


O ile natomiast z chustą mi idzie w miarę raźno teraz, to nie mogę tego powiedzieć o "This Golden Fleece" (W moim tłumaczeniu "To Złote Runo"), czyli podróż przez historię robienia na drutach w Brytanii. Wywiadu z autorką wysłuchałam w jednym z podcastów Fruitty Knitting i od razu kupiłam książkę. Opowiada jej podróż po wełnianym kraju tuż po tym jak wyrwała się z nudnego biura. Napisana jest (jak się nie znam na angielskim) pięknym językiem, co sprawia że brnę jak żółw, bo dużo muszę sprawdzać w słowniku. Na razie mnie to nie zniechęca - nadrobię liczbowo w audiobookach, skoro już mogę słuchać przy brioszce. A opowieść niech się snuje przez farmy, małe owieczki, duże owce i kłaczki runa powiewających w wietrze na kolczastych płotkach.

Zakładam ją zakopiańską zakładką z wyhaftowanymi polskimi owieczkami.



Są też zdjęcia, co prawda małe niektóre, szkoda:



Zawsze tu kończyłam życzeniami miłego dnia, trudno teraz myśleć, że mógłby być miły, ale głęboko wierzę, że jest jednym z tych, które nas wydostaną z tej ciemnej doliny. Nie dajmy się. 

niedziela, 23 stycznia 2022

Stada owiec i kolory z kopytami

 

"Są osoby, na których odzież leży zawsze jak ulana, szalik nigdy nie wylezie im z kołnierzyka bluzki, zamek od spódnicy nie pęknie w chwili najmniej odpowiedniej, a guziki nie oderwą się od płaszcza nawet w czasie huraganu. Ida nie należała do tych szczęśliwców. Cokolwiek wciągnęła na grzbiet - zawsze wyglądała wyjątkowo niedbale, a jej stroje miały tajemnicze i nieodparte tendencje do zwisania, wleczenia się lub powiewania."

Ida sierpniowa, Małgorzata Musierowicz

Zabawne, bo ja też należę do tych mniej szczęśliwych w kwestiach odzieżowych - całkiem niedawno pytałam koleżankę z pracy, w co byłam ubrana dzień wcześniej, a ona zamyśliła się głęboko i przyznała, że nie wie, ale na pewno byłam w coś zawinięta. No tak, zawijanie i omotowywanie się jest moimi ulubionymi metodami stylizacji. No trudno. Nie każdy może być Coco Chanel i Diorem. W każdym razie na tapecie jest czwarty tom Jeżycjady, a jak Jeżycjada, to wiadomo - pocieszanie się. 

Czytam sobie powoli (i pewnie tak będzie przez jakiś czas, póki nie wybiorę się po nowe okulary) i widzę, jak Musierowicz szukała drogi przez pierwsze trzy tomy i w Idzie skutecznie zadomowiła się w lekko zakurzonym, zaksiążkowanym mieszkaniu Borejków. Pocieszam się tymi książkami piętrzącymi się wszędzie, pocieszam się domowymi ptysiami i gorącą herbatą (Popularną). Akcja toczy się w roku 1979, w deszczowym sierpniu, a sierpnie w tamtych latach trwały całymi eonami, nie to co sierpnie dzisiejsze, które mijają nie wiadomo kiedy - dopiero jest czerwiec, a za chwilę ubieramy świąteczną choinkę. Czytam sobie powoli i przypominam nostalgiczne kolejki, ser żółty i paprykarz szczeciński. Zarazy też były wtedy jakieś lepsze, zwykłe katary od spania w przemoczonym namiocie.

Jeżycjady mam jeszcze jakieś prawie dwadzieścia tomów, więc mam czym się pocieszać przez długą zimę (bo, nie wiedzieć czemu, chociaż sierpnie i maje są krótkie teraz, to zimy i śniegi jakoś niezmiennie długie i ciemnawe). W pozostałych wolnych chwilach robię na drutach, co zresztą też jest pocieszające.  

Skończyłam sweter z alpaki od Filcolany. Przyznam, że chyba nie zrobiłam nigdy tak cudownie lejącej się dzianiny, ubieranie trwa dłużej, bo zawsze muszę się chwilkę pozachwycać.  Alpaka gryzie mnie co prawda nieco, ale ja już tak mam i mieć inaczej nie będę - wszystko prawie mnie gryzie. 



Razem ze swetrem widoczne są jedne z moich wełnianych skarpetek - chodzę w nich do pracy i o dziwo dają radę, a jeszcze niedawno myślałam, że ręcznie robione wełniane skarpetki nadają się tylko do siedzenia w fotelu. 


Zaczęłam też sweter z moich ogromnych zapasów merino pozostałej po kwietnym kocu - myślałam jakiś czas nad kolorami, aż przypomniał mi się sposób dobierania kolorów, który polega nad tym, żeby nie myśleć, tylko poradzić się mistrzów. Do porady wybrałam sobie van Gogha i jego kawiarnię. Od razu kolory ruszyły z kopyta, jednak co mistrz, to mistrz.


Sam sweter natomiast utknął tuż po oddzieleniu rękawów. Zapewne nikt pewnie w to nie uwierzy, sama nie mogę uwierzyć - kontynuowanie dziergania wymagałoby dokupienia włóczki (tak, mam całe wielkie pudło merino i nie mam wystarczającej ilości granatowej). Postanowiłam sobie, że w żadnym wypadku nie dokupię, sweter siedzi w pudle i czeka na rozwój wypadków. 

Tymczasem narobiłam dwa stadka owieczek dla wnuczki i wnuczka. Potrzebują jedynie pomponów, bo najfajniejsze owieczki są z pomponami właśnie.



Zaczęłam też nowy sweterek, zapowiada się bardzo milutko i wygodnie:


 Ale o nim będzie już w następnym odcinku, który nastąpi, mam nadzieję, wkrótce. Kiedy dziś włączałam komputer, przypomniał mi się tekst piosenki, znanej powszechnie poetki, której to dzieckiem będąc malutkim, słuchałam z płyt winylowych u babci:

"Powiedziałam, że się chcę poprawić, nie chciałam. Tłumaczyłam, że nie zapominam, no, nie wiem... Raz już była przecież taka zima bez ciebie. Przysięgałam: "Jesteś całym światem" - niemądrze. Obiecałam: "Wrócę tu przed latem" - a skądże...

Bardzo chcę się poprawić i bywać tu regularnie, tylko te grudnie tak szybko mijają, bo zimy, wiadomo, powoli. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 7 listopada 2021

Strony, oczka i kwiaty w liczbie dużej


 "W języku zawierają się nie tylko słowa i odpowiadające im rzeczy. Każdy język inaczej w rzecz wstępuje, jak to określił swego czasu Michał Choromański."

O nich tutaj (książka o języku i przekładzie) - Wybrał i opracował Piotr Sommer

Piotr Sommer wybrał i opracował Najlepsze szkice o przekładzie, jakie ukazały się w "Literaturze na świecie" w latach 1984-2014, napisał wstęp i podzielił owe szkice na trzy części i nazwał je odpowiednio Ogóły, Szczegóły i Brokuły. 

To właśnie nazwy rozdziałów (a zwłaszcza Brokuły) ostatecznie skłoniły mnie do zakupu tej książki, ponieważ poza tym, że jest o tłumaczeniu, była dosyć droga. Można przypuszczać, że dlatego czytam ją chyba od września, wiadomo, że im na dłużej zakup starcza, tym bardziej jest ekonomiczny, ale nie. Czytam wolno, bo naprawdę nie chcę, żeby się skończyła. Czytam i naprawdę się delektuję. Bo jak można się nie delektować takim wierszem:

In die Rillen

der Himmelsmünze im Türspalt

preßt du das Wort [...]

"In die Rillen", z tomu Atemwende

I patrzeć na różne tłumaczenia:

W żłobienia | monety nieba w szparze drzwi | wtłaczasz słowo...

W uchylonych drzwiach | moneta nieba - w jej żłobienia | wtłaczasz słowo...

W rowki nieba, | tej monety, co prześwituje zza drzwi, | wtłaczasz słowo

Można tak naprawdę nie żałować nieznajomości niemieckiego, bo czasem znajomość języka to i tak za mało. Fascynujące przygody słów, przygody tłumaczy, wpadki też oczywiście, bo wpadki muszą być.  Co prawda mnóstwo osób powiedziałoby - czy naprawdę ludzie myślą o takich rzeczach? No i nie szkodzi. Warto usiąść i o nich pomyśleć albo chociaż poczytać, co o nich myślą inni.

Wiele, wiele znanych mi i zupełnie nieznanych nazwisk. Wiele, wiele stron i wiele obrazków z Noun project. Z nimi tutaj posiedzę pewnie do grudnia, co mnie nie martwi, bo jest przyjemnie. Inne książki też doczekają swojej kolejki, bo każda książka, nawet najgrubsza się kiedyś kończy. Tak jak największa robótka. Skończyłam bowiem koc z kwiatków, no dobrze, nie powszywałam nitek, ale jestem tak nim zachwycona, że nawet powiewające nitki mi nie przeszkadzają.

Moja kanapa w stronę okna wygląda teraz tak:


w stronę drzwi wygląda podobnie - bardzo, bardzo kwieciście i kolorowo:


Bubulina zadowolona podobnie jak ja:


Szydełkowałam pięć miesięcy (z małą przerwą na szal i na covid) i trochę zatęskniłam za drutami. W kolorystycznym rozpędzie wydziergałam więc czapkę z kolorowymi cekinami (idą ciemne powroty z pracy, trzeba być widocznym na drodze):





Wydziegałam też mniej kolorowe skarpetki:


I wtedy ogarnęła mnie ogromna chęć zrobienia swetra lekkiego, ciepłego i obszernego. Wyciągnęłam fioletową alpakę kupioną chyba siedem lat temu i zatonęłam w morzu oczek prawych. 


Sweter robię według darmowego wzoru L'Express, co jest nazwą paryskiego w stylu bistra w Montrealu. Bardzo jestem ciekawa efektu końcowego, dziergam szaleńczo rano i wieczorem. Czasem tylko spacer listopadowym Zgierzem:








  Napisi, napisi - jak wołała moja wnuczka. No tak, napisy są fajne, zwłaszcza w dużych ilościach, czego sobie i Wam życzę.
dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. A książkę zakładam nieadekwatną póki co deszczową zakładką.

niedziela, 26 września 2021

Granice i odmiany

 


"Trasa prowadziła mnie czasem do nadgranicznych wiosek. Zdarzało się to jednak rzadko. W miarę bowiem zbliżania się do granicy ziemia pustoszała, spotykało się coraz mniej ludzi. Ta pustka zwiększała tajemniczość takich miejsc, a zwróciło także moją uwagę, że w pasie przygranicznym panuje cisza. Ta tajemniczość i ta cisza przyciągały mnie, intrygowały. Kusiło mnie, żeby zobaczyć, co jest dalej, po drugiej stronie. Zastanawiałem się , co się przeżywa, przechodząc granicę. Co się czuje? Co myśli? Musi to być moment wielkiej emocji, poruszenia, napięcia. Po tamtej stronie - jak jest? Na pewno - inaczej. Ale co znaczy to - inaczej? Jaki ma wygląd? Do czego jest podobne? A może jest niepodobne do niczego, co znam, a tym samym niepojęte, niewyobrażalne? Ale, w gruncie rzeczy, największe moje pragnienie, które nie dawało mi spokoju, nęciło mnie i dręczyło, było nawet skromne, bo mianowicie chodziło mi o jedno tylko - o sam moment, sam akt, najprostszą czynność przekroczenia granicy. Przekroczyć i wrócić, to by mi, myślałem, zupełnie wystarczyło, zaspokoiło mój niewytłumaczalny właściwie, a jakże ostry głód psychologiczny."

Podróże z Herodotem, Ryszard Kapuściński

Już nie pamiętam co skusiło mnie do kupna tej książki - może okładka z romantyczną mapą, chyba nie autor, bo żadnych innych jego książek nie znałam. Na pewno nie skusił mnie Herodot, bo o nim nie słyszałam nic w ogóle. Kupiłam zatem bez określonego powodu i nie rozczarowałam się.

Kapuściński w podróżach jest trochę prywatny, trochę nieśmiały i zagubiony, nie zna języka, nie zna kultury, nie zna świata. Świat był dosyć odległy, bo w pierwszą podróż redakcja pisma wysłała go do Indii, a potem było jeszcze dalej. Na drogę dostał od szefowej "Dzieje" Herodota. Herodot w podróż nadawał się idealnie - sam niestrudzony, dociekliwy podróżnik, dodawał Kapuścińskiemu odwagi i otuchy. Można nawet powiedzieć, że zaprzyjaźnili się, chociaż, jak wiadomo, przyjaźń taka jest nieco jednostronna, ale też miła i cenna. 

I tak przekraczali obaj granice geograficzne i granice w czasie niespiesznie, refleksyjnie i niezmiernie ciekawie. Oczywiście zaraz po przeczytaniu książki kupiłam sobie samego Herodota (też się nie rozczarowałam), stoją teraz obok siebie


a po latach przeczytałam Kapuścińskiego jeszcze raz. Bo to jest właśnie taka książka, do której się tęskni i do której się wraca.

Zakładałam ją, tez nie wiedzieć czemu, zakładka z Puciem. No, nie zawsze wszystko do wszystkiego musi pasować.



Robótkowo dalej szydełkuję kwiatki w kocu, ale narzuciłam też na druty mały żółty komin dla odmiany, zobaczymy jak się potoczy, muszę tylko przebrnąć przez początek. O ile lubię właściwie wszystkie początki - zwłaszcza początek podróży lubię - ten moment zapinania pasów, albo siadania przy oknie w pociągu, to w robótce lubię, jak już nabiera rozpędu i ma pierwsze rzędy za sobą.

Rozpędu nabiera za to jesień, dzień już ciemnieje po coraz szerszych brzegach, nastaje mój ulubiony czas w kaloszach i wełnianych szalikach. 

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 19 września 2021

Koce dla upartych

 


"Dla uzyskania idealnego kształtu powinno się upinać na formie wykonanej z białego papieru. Formę kładzie się na desce do prasowania i na obwodzie tej formy rozpina serwetkę chwytając końcowe pętelki splotu. Po odpowiednim upięciu - pozostawić do wyschnięcia. Nie prasować. (Za granicą do rozpinania serwet używa się odpowiednich płaskich podstawek, na których są już narysowane koła i kwadraty wielkości poszczególnych serwetek)."

W wolnym czasie dla rodziny, Helena Dutkiewicz

Mam co prawda plastikową matę z kołami i kwadratami narysowanymi za granicą oraz zagraniczne (najpewniej chińskie) puzzle do blokowania dzianin, ale wycięcie papierowego koła do uformowania babcinych serwetek to dobry patent, nie wpadłam na to, z pewnością wykorzystam.

Książka wydana w 1986 roku z ceną 235 złotych - jest jakby z zupełnie innego świata. Świata, w którym Instagram ani Youtube nie został jeszcze wymyślony, zagranica była niedostępna a na drutach robiło się ażurowe lizeski, majteczki kąpielowe i domowe odkurzacze z włóczki - "Uwaga: sprzęt zmechanizowany nie rozwiązuje całkowicie problemu odkurzania mieszkania, do niektórych czynności, jak na przykład ścieranie kurzu z obrazów, ram okiennych, drzwi poliuterowanych wygodniej użyć odkurzacza z włóczki, lekko zwilżając go odpowiednim płynem czyszczącym." Wzory trzeba było pracowicie spisywać w zeszycie w kratkę.


Jednak oczka prawe, lewe, wkłuwane i ażurowe pozostały bez zmian. Przyznam, że w książce, którą znalazłam z mieszkaniu teściowej razem z wzorami, archaicznymi drutami i straszną peerelowską włóczką, zawartych jest cała masa bardzo ciekawych informacji - rzędy skrócone, pranie, prasowanie i naprawa znoszonych rzeczy. 

"Sweter niemodny lub spłowiały najlepiej odwrócić na lewą stronę. Zeszyć ponownie brzegi. Ozdobić nowymi mankietami i kołnierzem". Widać jasno, że światowy nad-konsumpcjonizm majaczył dopiero na dalekim horyzoncie.  

Tymczasem w trakcie osobistego minimalizowania udało mi się wszystkie moje dziewiarskie i okołoubraniowe książki zebrać razem i umieścić na półce z łatwym dostępem. 


Nie mam ich dużo i nie wiem czy z każdej będę coś robić, ale Selbu Mittens warto mieć ze względów estetycznych, no i na to zdjęcie po prawej (lewe oczywiście peerelowskie)


i na to:


Śliczne zdjęcia też są u moich ulubionych Arnego i Carlosa:


To zdjęcie zresztą zapoczątkowało moje marzenia o kolorowym kocu. Nawet niekoniecznie chciałam z nim iść w kaloszach przez trawę - mógłby sobie leżeć na fotelu. Myślałam o nim przez kilka lat, aż w końcu zaczęłam działać - w wyniku czego naprodukowałam 324 kwiatki składowe. No i stało się to, czego właściwie się spodziewałam. Przeczytałam opis łączenia dwa razy, obejrzałam diagram w komputerze, po kilku próbach i pruciach obszydełkowałam jeden kwiatek i utknęłam. Obejrzałam film instruktażowy (swoją drogą nakręcony po wydaniu wzoru, więc chyba nie tylko ja jedna miałam wątpliwości - Arne i Carlos dostawali sporo pytań) i nic. Zero oświecenia. Co zrobić, mój mózg działa powoli (chyba że jestem w stresie, ale z szydełkiem w fotelu zasypanym kolorowymi kwiatami w stresie na ogół się nie jest), za to tak łatwo się nie poddaje. Obejrzałam film jeszcze raz w normalnym tempie, potem w zwolnionym, wydrukowałam diagram i przeczytałam kilka razy opis. Niewiele lepiej. Zacisnęłam zęby, usiadłam z drugim kwiatkiem na przeciwko komputera puszczając film raz szybko a raz wolno i po kilku godzinach (sic!) udało mi się połączyć dwa kwiatki:


Nie powiem, pojawiała się gdzieś mglista wątpliwość dotycząca moich umiejętności szydełkowania, ale po pierwsze, szydełkować nauczyłam się niedawno i nie zdążyłam nabrać wprawy, po drugie, naprawdę w całym wzorze nie było opisanej wprost koncepcji łączenia a połączenie trzech kwiatków nie było wspomniane nigdzie. Nie speszyłam się za bardzo moim wolnym pojmowaniem i w dodatku po pięciu połączonych kwiatkach obmyśliłam system - produkuję kawałki z 11 kwiatków i te dopiero będę zszywać. Nie mam więc rozgrzebanych wszystkich kolorów (tylko jedenaście) i nie siedzę przez całe łączenie z wielką płachtą dzianiny. Jak już rozszyfrowałam system, łączenie idzie gładko




Po tygodniu łączenia mogę się zgodzić z autorami wzoru, że jest ono łatwe i uzależniające. Mało czytam więc w związku z tym. Piekę chleb i zbieram części w całość, czego i Wam życzę!


Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)   

niedziela, 12 września 2021

Akrobacje z kocami

 


"Pod koniec lat sześćdziesiątych popularność zaczynają zyskiwać zestawy składające się z kanapy, dwóch foteli i dwóch pufów, którym towarzyszy ława typu "jamnik", czasem także rozkładana do wymiarów dużego, wysokiego stołu jadalnianego."

Asteroid i półkotapczan, Katarzyna Jasiołek

Nie ma to jak trwałość i stabilizacja, pomyślałam sobie, bo sześćdziesiąt lat później w moim salonie nadal króluje ława, fotele i meblościanka. Tylko puf jest jeden, bo drugi poszedł na śmietnik (nie sam oczywiście, wyniosłam go we własnych objęciach) w ramach minimalizmu meblowego. Książkę kupiłam zachęcona przez biblionetkową koleżankę - nie mogłam się oprzeć tajemniczemu tytułowi  (półkotapczan znałam z autopsji, ale asteroid wyjaśnił się dopiero pod koniec i okazał się być wielofunkcyjnym szklanym zestawem), tym kolorom, smukłym nóżkom (które znowu są modne) no i oczywiście temu krzesłu, na którym w młodości wyprawiałam akrobacje porządkowe.

"Asteroid..." powstał przypadkiem, kiedy pani Jasiołek kupiła cukiernicę z polskiej porcelany i okazało się, że trudno znaleźć jakiekolwiek informacje o projektantach. Zaczęła zgłębiać temat i zgromadziła wiedzę w sam raz na książkę. Akcja zaczyna się tuż po wojnie od Wandy Telakowskiej, która była przekonana, że: "Ludzi trzeba uczyć umiejętności wybierania, zestawiania i harmonizowania przedmiotów masowo produkowanych. Sztuka zestawiania to przejaw osobistej twórczości, dający poczucie uczestnictwa w wytwarzaniu kultury. To udział w walce o piękno."

Jak bardzo to się nie udało, można by pomyśleć, kiedy się przypomni  te wszystkie bure meble, identyczne meblościanki i nieokreślonego koloru obicia. Nie mogło się udać, jak nigdy nie udają się odgórne akcje nauczania ludności (bo nawet nauka ortografii, nie mówiąc o fleksji w tak wielu przypadkach okazuje się być żałośnie nieskuteczna). Nie udała się też w wyniku nierównej walki projektantów z producentami, w wyniku której ci pierwsi niejednokrotnie nie mogli poznać własnych projektów. To co było zaprojektowane ładnie i wyprodukowane ładnie, wyjeżdżało oczywiście za granicę. To smutne zresztą, ile zmarnowano pomysłów o światowym potencjale. 

Dla mnie jako osoby mało spostrzegawczej (tłumacza w literaturze dostrzegłam dopiero niedawno)  książka była niezwykle odkrywcza, bo z zachwytem i zdumieniem dowiedziałam się, że każda półka w regale i każdy wzór na wazonie został zaprojektowany. Ja cały czas myślę, że takie rzeczy dzieją się same. No, może z wyjątkiem słoneczników, bo te wiadomo, kto namalował. 

Czytanie sprawiło mi wiele przyjemności na wielu poziomach. Poznawczym - te wszystkie historie spania po zakładach porcelany i przewożeniu szklanych wyrobów tak, żeby nie pourywały się ich elementy ozdobne, wymyślanie mebli Kowalskich (przy czym, żeby było śmieszniej to projektanci nazywali się Kowalscy, a że meblościanka była dla Kowalskich to się okazało dopiero później). Estetycznym - dużo pięknych zdjęć. I oczywiście na poziomie sentymentalnym - wiele przedmiotów zabrało mnie do przeszłości (nie na długo na szczęście, bo jak wiadomo, nie można w przeszłości siedzieć za długo, skoro ma się teraźniejszość i przyszłość).



Powyższe żyłki były jednak mało funkcjonalne i po pewnym czasie zwisały smętnie tu i ówdzie.

Jak tylko wróciłam z przeszłości (a może nawet zanim, czas jest nad wyraz podchwytliwy) wydziergałam chustę z merino wzór darmowy Reyna





i sweter z jedwabiu Lakeside




Tyle razy obiecywałam sobie, że nie przerwę robótki w kluczowym czy problematycznym momencie i nic z tych obietnic nie wyszło. Do swetra (ciepły i nie gryzie, jedwab nieco rustykalny) wróciłam po dwóch latach - przerwałam go tuż przed nabieraniem oczek na rękawy. I nawet nie zapisałam jakimi drutami robiłam korpus. Jakoś się udało wstrzelić z rozmiarem. Tuż po bolesnej nauczce i na fali jeszcze solenniejszych postanowień, wróciłam do koca z kwiatków, który porzuciłam, bo nie chciałam go zabierać na urlop. Oczywiście porzuciłam go tuż przed łączeniem, które wymaga kilkukrotnego przeczytania wzoru, kilkugodzinnego oglądania obrazka ze schematem i obejrzenia filmiku poglądowego nie wiem ile razy. Co to za pech, że zawsze w najgorszym momencie robótki wypada urlop, zmierzch albo, na przykład, taki poniedziałek? 
Mój koc zdominował pokój hobby i wygląda teraz tak:


Każdy kolor dostał numerek i tym sposobem każdy kwiatek siedzi na swoim miejscu w schemacie.



W ramach nie odkładania rzeczy na później obmyślam sposób połączenia babcinych serwetek w firankę (może jak już rozgryzę łączenie kwiatków, firanka pójdzie mi jak z płatka)


i szukam zastosowań dla odzyskanych z dna szafy haftów:


Mam nadzieję na przypływ licznych wen, czego i Wam życzę. Dziękuję bardzo za wizyty i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Asteroid zakładałam jedynie słuszną zakładką z ptasiego mleczka:


PSPS. I kto pamięta, że na kurtkę mówiło się skafander? Tak mi się kosmicznie skojarzyło. :)