"Kiedy z rzymskiej wizji, ułomnej, ale wielkiej, na zawsze utrwalonej w tęsknocie przenikającej Eneidę Wergiliusza, spadam w otaczającą mnie rzeczywistość, Grecy tu czekają na mnie, Grecy ze swoimi wiekami i tysiącleciami doświadczenia: jak współżyli z ludami, z którymi nie mogli się porozumieć, z Persami, z Turkami. Grecy, którzy od tysiącleci wiedzą, że ludzie w ogóle rzadko mogą się ze sobą porozumieć. W Homerowej Iliadzie płaczki na pogrzebie Patrokla szlochają "pozornie nad Patroklem, lecz w sercu każda nad własną niedolą". Niemal cały grecki teatr tragiczny jest właśnie o tym, że antynomie życia, sprzeczności zawarte w świecie, są nierozwiązalne."
Nowy brewiarz Europejczyka, Zygmunt Kubiak
Eseje Zygmunta Kubiaka, filologa i wielkiego miłośnika antyku, dobre są na czasy trudne, na łatwe zresztą pewnie też. Zawsze aktualne, bo zawsze blisko ludzi współczesnych i niewspółczesnych.
Lubię go czytać, bo mam wtedy zapewnione różne piękna - piękno języka, piękno sztuki, piękno miast, piękno cytatów, piękno filozofii, muzeów, piękno strumyków z Owidiusza
"Jest gaj w Hemonii, zewsząd otoczony
Borem na stromych stokach; zwie się Tempe.
Przez niego Penej, który u stóp Pindu
Wytryska, wody zapienione toczy,
A wodospadem się waląc, wyrzuca
W górę obłoki rozpryśniętych kropel,
Zraszając same szczyty drzew, a dręcząc
Łomotem przestrzeń nie tylko pobliską.."
i piękno wieczorów z Norwida:
"Wieczór był cichy cichością jedyną,
Samemu tylko właściwą Rzymowi.
Ni wieś, ni miasto - tu Cię woły miną,
A tam wykwintna biga zastanowi..."
Tak, dobre są eseje Zygmunta Kubiaka na każdy czas, nawet na czas stuporu, w który wpadłam okołoświątecznie. W czas stuporu patrzyłam na strumyk zewsząd otoczony borem i próbowałam robić na drutach. Kiepsko mi szło, najpewniej dlatego, że w chwili roztargnienia dałam się opaść niezliczonym planom i zamiarom, co mnie oszołomiło i wytrąciło z równowagi. Miałam plan na swetry i na chusty i na lalki, i na koce i na skarpetki w dużych ilościach. Nie da się ich realizować naraz.
Z trudem wysupłałam plan o najwyższym priorytecie - okazał się on być planem na czapkę. Nie to, że czapki nie miałam. Miałam i to niejedną, ale z racji utrudnionych ostatnio kontaktów z fryzjerem niespodziewanie mam kok. Niezbyt duży, ale wszystkie dotychczasowe czapki przestały na nim siedzieć pewnie i nadobnie. Z przepastnej wieży pudeł, wyjęłam więc włóczki pozostałe po chuście z promykami i zrobiłam do kompletu czapkę w sam raz na kok oraz inne fryzury o różnych stopniach uporządkowania.
Nawet szybko mi poszło, twarzowo i ślicznie, co prawda Bubulinie we wszystkim ślicznie, więc całkowitej pewności nie ma, czy i mnie też:
W czasie gwiazdkowym oglądałam namiętnie adwentowe podcasty Carlosa i Arnego
Nie dało się nie zrobić bombki (tym bardziej, że zrujnowałam się na ich książkę o (między innymi) bombkach:
Gorzej już było z następną robótką, beret paryski według wzoru Dorotki Knitolog zrobiłam szybko i gustownie, ale rozmiar jest dobry tylko dla Bubuliny, więc muszę zmniejszyć
Zmniejszanie jest zawsze przygnębiające, więc beret siedzi na razie w szafie i czeka na lepszy czas, który mam nadzieję, że przyjdzie szybko, czego sobie i Wam serdecznie życzę.























































