"Przy łóżku na stoliku leżały dwa luidory, wszystko, co zostało z zarobionych milionów. Pewnego dnia wziął je do ręki, obejrzał i rzekł: Aleksandrze, wszyscy mówili, że byłem rozrzutnikiem, ty sam napisałeś o tym sztukę sztukę. No i proszę. Widzisz, jak nie miano racji? Kiedym wylądował w Paryżu, miałem w kieszeni dwa luidory. Spójrz... wciąż je mam."
Trzej panowie Dumas, André Maurois
Długo czekali na swoją kolejkę ci trzej panowie Dumas, jakoś podskórnie czułam, że będzie trudno, może nudno, może nic nowego. Wpadli w ręce w czasie katalogowania i pomyślałam - czemu nie. Niespodziewanie poczułam się jak w kolejce. W kolejce górskiej. Różnica była tylko taka, że z kolejki górskie chciałoby się czasami wysiąść a nie można, z tej biografii wysiadać się w ogóle nie chciało. Cała reszta była taka sama. Wzloty, upadki, rozmach, piski, śmiechy i tempo, tempo, tempo.
André Maurois potrafi pisać porywająco, a Dumas dostarczyli mu tematu (może poza synem, który był najbardziej nijaki, zupełnie jednak jak nie kolejka górska tylko podmiejska raczej, choć z Paryża).
Generał Dumas (czyli ojciec ojca Dumas) sam jeden mógłby starczyć za trzech muszkieterów łącznie nawet z d'Artagnanem, taki był odważny i waleczny. Ogromne zaskoczenie. Takich zaskoczeń zresztą było tu mnóstwo (dla mnie przynajmniej). Myślałam, że Dumas to francuskie nazwisko, a tu nie, czarnej niewolnicy i to ona przyczyniła się do bujnych loczków w tej rodzinie. Myślałam, że jako generałowi żył dobrze i dostatnio, ale nie, okazało się że Napoleon nie był do końca taki miłościwy dla swoich żołnierzy. A potem już nic nie myślałam, tylko patrzyłam w osłupieniu jak Dumas ojciec z dwoma luidorami przyjeżdża do Paryża i go podbija. Patrzyłam na wirujący korowód jego kochanek i pojawiających się dzieci. I patrzyłam na pojawiające się dziesiątkami sztuki teatralne i powieści.
Nie napisał ich trzech, ale, niczym francuski Kraszewski, bardzo bardzo dużo. Tak, to prawda, pomagali mu, ale to on dodawał do nich tej ożywczej szczypty geniuszu i to dzięki niemu d'Artagnan dla nas zawsze będzie równie prawdziwy jak Portos, hrabia Monte Christo czy kardynał Richelieu. Bardzo oszałamiająca biografia.
A kiedy już wyszłam z oszołomienia, napisała do mnie koleżanka, że chce kupić trochę bawełny i nie jest pewna jaki chce kolor. Wyciągnęłam zatem swój Safran, wywaliłam na kanapę i spojrzałam w lekkim oszołomieniu. Przy okazji chciałam zdementować plotki, jakoby publikowane przeze mnie niedawno motki na kocyki dziecięce były całym moim zapasem włóczek. Nie, mimo że zajmowały całą kanapę, to była tylko wełna Merino. A teraz patrzyłam na te motki bawełniane, które kupiłam z zamiarem produkcji (masowej chyba) zabawek, do której nigdy nie doszło. I co ja sobie myślałam wtedy i co ja mam z tego zrobić?
Oddzieliłam rodzinę zieleni od czerwieni
i olśniło mnie, że mogę zrobić sweter boxy, o którym marzyłam już od tak dawna, że pewnie niedługo wyjdzie z mody. Boxy jest swetrem wysoce niewygodnym do kurtki, bo ma znaczne nadmiary po bokach i pod pachami, ale na lato, kiedy zdarza się kurtki nie używać, jak najbardziej może być. Wizja tej włóczki w tym wzorze była tak bardzo natrętna, że od razu wrzuciłam ją na druty.
W dodatku pojawił się plan na zwariowanie energetyczny sweterek w czerwieniach i różach i z mieniącą się nitką, i cóż z tego, że jestem emerytką, na szczęście moda dla starszych pań jest obecnie znacznie bardziej łaskawa. Kocyki trochę czekają w kolejce.
Oczywiście nie samymi książkami ani drutami człowiek żyje, żyje też trochę katalogowaniem.
Trochę to dla mnie bolesny proces, bo ja czasami mogę mieć niepozmywane, niezamiecioną podłogę nawet mogę mieć, ale książek w nieładzie nie mogę. Zacisnęłam jednak zęby i kontynuuję, wizualizuję sobie koniec katalogowania i to mnie pociesza. Na razie dobrnęłam do pozycji numer 400 i nie wiem czy daleko jeszcze.
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie byłam szczęśliwą emerytką, mój kolega z pracy, który słuchał codziennie moich opowieści o minimalizowaniu, organizowaniu, systemach przechowywania i układania, powiedział, że w moim przypadku ten proces się nigdy nie skończy. Oburzyłam się, no ale nie wiem w sumie. Bo ciągle na horyzoncie pojawia się lepszy i przyjemniejszy system, Tak więc poza czytaniem, dzierganie, katalogowaniem, poza prowadzeniem Notesu kochanej babci, poza gotowaniem i niezamiataniem podłogi, znowu organizuję swoje zakładki.
Cztery lata temu je bardzo dobrze zorganizowałam , utrzymywały się w porządku przez cały ten czas, ale system miał dwie wady - był w plastikowych koszulkach i wymagał nieco trudu przy wyciąganiu i nieco więcej przy odkładaniu zakładki na miejsce. Cztery lata mi zajęło wpadnięcie na to, żeby wyeliminować koszulki i zakładki wsadzić bezpośrednio do grubszego szkicownika. Ja głęboko wierzę, że nadejdzie ten moment, kiedy wszystko będę miała skatalogowane i ułożone idealnie, ale na razie proces trwa. Chwilowo jest tak:
ale wkrótce będzie tak:
Stanowczo za dużo poświęcamy czasu na jedzenie i sen. No i zakupy też. Trudno, a skoro przy zakładkach jestem, to panów Dumas zakładałam panią
z drugiej strony też jest ślicznie
czego sobie i Wam wszystkim życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!






















































