poniedziałek, 7 sierpnia 2023

Ochota na notes

 "Nareszcie mamy czas, by robić to, na co przyjdzie nam ochota."

Życie, Lisa Aisato

Piękne, bogate, głębokie ilustracje. I cała książka to właśnie ilustracje, a treścią są podpisy pod nimi. Życie, więc musi być różnie - raz pogodnie, raz smutno, czasem pięknie, czasem strasznie, a ono płynie i płynie. A jak upłynie go sporo, to właśnie przychodzi ten czas, którego (podobno, bo niezupełnie jednak) mamy na tyle, żeby - no właśnie, co?


Wbrew temu co na ilustracji, niewiele robiłam na drutach, ale wzięło się to w ogóle nie z czasu, a z plisy guzikowej, która czyha w moim Corran cardiganie zaraz za rękawami. Podświadomie niczym Edyp, odwlekałam i odwlekałam. Zajmowałam się innymi rzeczami, dziergałam wolno, nic nie pomogło, rękaw i tak się zrobił, został drugi, który zawsze dzierga się szybciej, bo odpadają przymiarki. Nie ma rady, trzeba plisie spojrzeć w oczy.

Za to inne rzeczy były bardzo przyjemne i sprowadzały się do notesów. Na początku roku otóż, w imieniu wnucząt swoich kupiłam Notes Kochanej Babci i to była taka szczelina w Titaniku, mniej tragiczna, nieco kosztowna. Wyłączyłam notesy i rzeczy poboczne z Roku bez zakupów (o nim zaraz będzie) i zaczęłam zgłębiać temat (nie bardzo intensywnie, bo wiadomo, intensywne zgłębianie może nas wystawić na liczne i przepiękne acz kosztowne pokusy) i ozdobnie się organizować. Teraz wydaje mi się, że już jestem zorganizowana, martwi mnie trochę fakt, że tak samo mi się wydawało mniej więcej w lutym. Co więc zaczynałam kolejny rządek w rękawie, wpadałam na kolejny pomysł w notesikowaniu ozdobnym (zwanym w pewnych kręgach journalingiem), który natychmiast trzeba było wprowadzić w życie. Może zresztą miało związek z ową plisą, ale chyba nie, bo plisy jeszcze nie było w lutym. 

Żeby nie rozwodzić się za długo (bo o notesach to ja mogłabym długo), chodzi mi o to, żeby moje notesy były ozdobne ale też funkcjonalne, żeby ich prowadzenie nie zajmowało tak dużo czasu, którego teraz tyle ponoć mam. Myślę więc sobie, w jakim stylu miałyby docelowo być (wygrywa styl z dużą ilością kwiatków jednak i najlepiej vintage), bo na razie ozdabiam eklektycznie (co się wiąże zresztą z zapasami jakie trochę na oślep sobie nakupiłam i powyciągałam z zakamarków. No i naszła mnie taka refleksja, że do końca nie można być minimalistką i zostać tylko z jedną sukienką i dwiema książkami (albo odwrotnie), skoro paszczakowa torebka ze sklepu z pamiątkami, którą hołubiłam przez kilka lat nie wiadomo po co, nagle i niespodziewanie się przydała razem z biletem z Muminkowego muzeum. 

 



Tak samo jak Muminkowe naklejki, które kupiłam dawno temu dołączone do notesu i w ogóle nie wiedziałam wtedy gdzie je będę nalepiać.


Trochę się miotam w koncepcjach, raz porzucam zapisywanie pogody, raz wracam, bo jednak lubię ten obrazek pogodowy miesiąca - widać czy kwiecień był deszczowy czy mroźny, wpadłam nawet na pomysł monitorowania harmonogramu sprzątania, który ślicznie przygotowałam w Excelu, ale z przykrością stwierdziłam, że się nie sprawdził i sprzątać muszę w jakimś innym systemie. 

Ponieważ prowadzę w tej chwili trzy główne zeszyty (i dwa pomniejsze), czyli Notes Babci, który jest skrzyżowaniem scrapbooka z boullet journalem, reading journal oraz zeszyt robótkowy, doszłam do wniosku, żeby połączyć je wszystkie w jeden i od przyszłego roku założyć jeden wszystko mający journal. Czy muszę dodawać, że już jest w drodze? (Drugi, bo jeden już mam kupiony). Mam też obmyślone główne założenia. Staram się przy tym wszystkim nie zwariować, zachować rozsądek i zimną krew, bo nie chciałabym jednak zajmować się tylko prowadzeniem i ozdabianiem notesów, zwłaszcza że wtedy nie miałabym czego w nich notować. No, może poza pogodą, bo pogoda w jej uprzejmości sama się robi. 

Wczoraj zatem, kiedy już wszystko obmyśliłam (i kupiłam), usiadłam rano w fotelu z książką w poczuciu dobrze zorganizowanej i mającej dużo czasu na swoje hobby zasadnicze. Przeczytałam dwie strony i przyszło mi do głowy, że jednak potrzebuję takiego małego kalendarza, bo w notesie babci mam miesięczny. I wtedy sobie przypomniałam, że mam piękny notesik z królewskimi arrasami, który leży i czeka na swoje przeznaczenie. Książka, niestety, poszła w kąt. Wyciągnęłam notesik z półki, obejrzałam, pomierzyłam, policzyłam strony, podzieliłam kratki przez dni a strony przez tygodnie. Trzy godziny później mam prawie gotowy dwuletni kalendarz, który jest śliczny w dodatku, bo arrasy są naprawdę śliczne i fotogeniczne w dodatku.




Obmyśliłam też system bardzo prosty i wygodny opisywania słoików z dżemem, na słoik wpisuję tylko rok z numerem partii (na razie mam dwie partie, ale jeszcze będą śliwki przecież) a opis co zawiera wpisuję w przepiśnik:


 Zainspirowana Instagramem (jakżeby inaczej), obmyśliłam też stronę z podsumowaniem miesiąca i roczną rozkładówkę w moim robótkowym zeszycie.


Wpisuję tu przerobione gramy i kupione włóczki, jak widać mój zapas nie jest na razie zwiewny niczym baletnica. 


Każda robótka ma swój kolor i widzę od razu jak długo ją robiłam, ile robię naraz no i ile włóczki przerobiłam, a ile kupiłam. To znaczy w ogóle nie powinno być, że kupiłam. No ale niestety. Kupiłam trzy razy - na kocyki, bo brakło mi kolorów, na imieninowy prezent, bo dostałam kupon od męża i na rocznicowy prezent, bo też dostałam kupon od męża. I tak płynnie przeszłam do zakupów. 

Jaki był ten rok i czy udany? Niezbyt. Zaczął się bardzo dobrze na początku sierpnia i z sukcesem przebiegał przez prawie cztery miesiące. A potem przeszłam na emeryturę, dostałam kupon od zarządu, prezenty miałam wyłączone z zakazu, zresztą może zarządowi byłoby przykro, że dostałam i nie korzystam? Kupiłam sobie zestaw drutów i prezenty pomniejsze jak torby robótkowe, żyłki pomocnicze (od Lovieczki, bardzo polecam - przymierzanie teraz wygląda zupełnie inaczej) oraz książki. Książek kupiłam całą górę, wszystkie się zmieściły na półkach, co tylko dobrze świadczy o moim minimalizowaniu. Potem zaraz były święta, więc wiadomo - prezenty i kupon od męża (dobry ten mój mąż na to wychodzi). A potem zaraz w styczniu kupiłam Notes Kochanej Babci (za dwadzieścia złotych) i potraktowałam notesy, kredki jak jedzenie i wykluczyłam z zakazu. 

Poza kuponami i wyłączeniami regulaminowymi tylko raz się zapomniałam i kupiłam książkę w antykwariacie. No trudno. Ponieważ nie do końca byłam zadowolona ze swojego morale, wprowadziłam sobie od dzisiaj nowe zasady kupowania - określiłam sobie pewną kwotę miesięcznie, zbieraną codziennie (w Excelu, mnie naprawdę brakuje Excela na emeryturze) i tylko za to mogę kupić, ile uzbieram. Ale naprawdę chciałabym już nie kupować i nie organizować się, tylko czytać i przejść tę plisę guzikową. Cud w ogóle, że w tym wszystkim zdążyłam skończyć fuksjowy sweterek i nawet się w nim obfotografować. To znaczy koleżanka mnie fotografowała, ale i tak przy tym byłam. 




Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

poniedziałek, 10 lipca 2023

Zapasy z obrazami

 


"Dzieła sztuki, chociaż w przeszłości pełniły rozmaite funkcje i wyrażały treści ważne dla zleceniodawców, historycznych odbiorców i samych malarzy, to jednak w muzeach wyobraźni służą głównie przyjemności. Nie ma większego znaczenia, jaki element ktoś dostrzeże, a jakiego nie; co zrozumie, a co wzbudzi w nim konsternację. Ważniejsza od pełnego zrozumienia sztuki wydaje się przyjemność jej doznawania."

Rozmowy obrazów, Grażyna Bastek

Przyjemność przyjemnością, ale czasem dobrze jest poczytać, co dostrzega w obrazach osoba mądra i kształcona, umiejąca pasjonująco tę wiedzę przekazać i obdarzona w dodatku świetnym głosem (co akurat w przypadku książki papierowej nie było słychać, na szczęście panią Bastek można posłuchać w radiowej Dwójce). W Rozmowach wiedzy jest zawartej wiele i można się poczuć oszołomionym wszystkimi znaczeniami, technikami, kolorami i historiami. Obrazy są omawiane po dwa na raz, jako że z założenia mają rozmawiać ze sobą i wybrane są pod kątem różnych aspektów, czyli na przykład autoportrety, kobiety, mieszczanie, małżeństwa, fałszerze, perspektywa i wiele innych. Część obrazów ogólnie znanych i słynnych, część w ogóle mi nie znanych (np, autoportret Sofonisby), co zresztą uważam za dodatkowy plus, bo ile można czytać o Leonardzie (chociaż o Leonardzie też było). Dużo rzeczy się dowiedziałam: o strusim jaju, o światłocieniach, o camera obscura (fascynujące i pomyśleć, że dziś wystarczy pstryknąć smartfona), o odchylonym kolczyku, żółtych ciżemkach z noskiem, o ważeniu złota i o najdroższych obrazach świata.

Książka została wydana w dwóch tomach, zawiera bardzo dużo reprodukcji mniejszych i większych i ma staranną oprawę graficzną - przyjemne marginesy, wyraźną czcionkę i strony tytułowe rozdziałów w ślicznych kolorach.


A kolorom to ja nie bardzo mogę się oprzeć. I mam tak chyba od dziecka, zawsze robiły na mnie wrażenie odpusty ze swoimi pierścionkami, bransoletkami, piłeczkami, kolorowe stragany na jarmarkach, kolorowe tkaniny, kredki, okładki, no i włóczki oczywiście. Co bywa zdradliwe, zwłaszcza kiedy nie prowadzi się prawidłowo dokumentacji i nie stosuje się jeszcze katalogu kolorów. Ale po kolei, czyli jak to z zapasami bywa.

Dawno temu zapatrzyłam się w kolorowy witraż w kościele. Pewnie dzień był słoneczny, albo w tym kościele zawsze jest światło (zupełnie jak w Combrey). Przyszłam do domu i kupiłam kilka motków alpaki Dropsa z mglistą wizją otulacza albo szalika. Motki przeleżały w szufladzie i czekały aż z mętnej wizji powstanie krystaliczny plan. Nie powstał. Pomyślałam zatem, co mają się tak obijać w szufladzie, biedaki, zrobię temperaturowy duży szal. No ale miałam tylko ciepłe kolory (jak witraż), dokupiłam zatem zimnych, bo jak wiadomo, temperatura na tym polega, że raz jest ciepło a raz zupełnie nie. Dokupiłam i nawet zaczęłam, ale dobrałam zły wzór, alpaka w tym wzorze okazała się być smutną szmatką, kolory w ogóle nie grały i nie świeciły, mimo, że dnie były słoneczne nawet. Wróciła więc do szuflady razem z zaczętym szalikiem. Lata mijały, motki siedziały w szufladzie, miały nawet spory luz i przestrzeń, przyszła pandemia, lockdawn i w ramach pocieszenia a także lepszej komunikacji, kupiłam sobie nowy telefon i wtedy wpadłam na pomysł, że z kolorowej alpaki zrobię etui. Wybrałam dwa kolory, zrobiłam etui i od razu uprzedzę - mało ubyło. Powiedziałabym nawet, że ubytek w zapasach był niezauważalny. No i wtedy wróciliśmy na stałe do biura i obiecałam koleżance mitenki. Zapakowałam całą torbę kolorów i dwa odcienie szarości (które zostały mi po starożytnym swetrze przerobionym ostatecznie na chustę, komin i czapkę). Szarości odpadły od razu, bo koleżanka też lubi kolory kolorowe nie szare. Wybrała kolor. I tu zadziałało właśnie prawo niekontrolowanego wzrostu zapasów. Wybrała kolor, którego miałam tylko jeden motek. I oczywiście był to jeden z nielicznych motków bez banderoli. Po licznych poszukiwania, porównywaniach zdjęć w różnych sklepach, wytypowałyśmy numer koloru, i zamówiłam go natychmiast w małej ilości. Paczkę odebrałam, odpakowałam, przytknęłam do posiadanego - oczywiście - kolor był inny. Zawiozłam do pracy, koleżanka obejrzała, potwierdziła moją diagnozę i powiedziała, no ale ten też ładny. No, wiadomo było, że ładny ale nie prześliczny. Wznowiłyśmy poszukiwania, wytypowałyśmy kolejny kolor i zamówiłam. Tylko wtedy już byłam w amoku kupowania, przeglądania kolorów, w dodatku byłam już po zrobieniu koca w kwiatki z merino i w dodatku miałam już i tak duży zapas, wymyśliłam więc, że skoro i tak zamawiam alpakę, z której nie wiem co zrobić, to zamówię na kolejny koc w kwiatki. I przyszła duża paczka, mitenki zrobiłam, alpakę upchnęłam do szuflady i wtedy sobie przypomniałam, że jest śliska, w kocu z kwiatków jest miliony nitek, i jak ja je pochowam.
- Zrób skarpetki - powiedziała moja ulubiona ciocia. Ale skarpetki nie rozwiązują sytuacji. 


I właśnie, gdybym miała katalog kolorów jak dziś, nie kupowałabym kolorów w ciemno, kupiłabym tylko potrzebny motek wybranego koloru i nie miałabym góry alpaki. No, pozostaje ten witraż - to mnie nauczyło, żeby nie kupować włóczki mając tylko mglisty plan. W moim przypadku kończy się to górą. Miłą, bo z alpaki, ale zawsze górą. 
Szal robię teraz inną techniką zszywania - rozbudowuję róg - mam więc kontrolę nad wymiarami, poprzednio najpierw połączyłam wszystkie kwiatki w kawałki po dwanaście i kiedy zaczęłam je łączyć, musiałam użyć wszystkie, mam więc bardzo duży koc z merino. O merino też można opowiedzieć równie długą historię, ale to może w innym odcinku. Podobnie o bawełnie, z której miałam robić maskotki i nabyłam w dużych ilościach, już zrobiłam dwa sweterki, a ostatnio zrobiłam mydelniczkę. A ta z kolei robótka po raz kolejny mnie umocniła w postanowieniu, żeby się nie spieszyć z dzierganiem. Otóż dawno temu (chyba sześć lat temu) wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie siateczkę na mydło. Siateczkę zrobiłam szybko, oczka wyszły mi trochę za duże, pasek trochę niewygodny. Ale nie chciałam poświęcać na taki drobiazg dużo czasu, nie chciałam pruć, czy poprawiać. No i w efekcie, przez sześć lat codziennie układałam mydło starannie, żeby nie wypadło. Naprawdę, nie warto się spieszyć. Zwłaszcza, że mokre mydło na podłodze w łazience, to może nie pożar, ale bezpieczne nie jest. :D

Po lewej stara (widać jak mydło łatwo z niej ucieka), po prawej nowa:

Nowa z chińskim misiem prosto z Beskidów:





Koniec mydlanych dygresji, z zapasów powstaje zwiewny szal z kwiatków, powoli, z przerwami, bo realizuję też zamierzenia kocykowe, swetrowe i inne, czego i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, przemiłe komentarze, dobrego dnia! 

PS. Książkę zakładałam śliczną włoską zakładką, która do sztuki włoskiej pasuje, a do niewłoskiej zresztą też.


PS PS. Albrecht na tym obrazie jest tak współczesny, że nie mogłam uwierzyć, że on jest renesansowy. :D

poniedziałek, 3 lipca 2023

Burzliwe piramidy

 


"Pisarze ledwo nadążali z robotą - trzeba było udokumentować, opisać i zapisać mnóstwo rzeczy i spraw oraz skopiować i zarchiwizować to wszystko."

Egipt w czasach piramid, Guillemette Andreu

Zupełnie jak ja, chociaż ani nie jestem pisarzem, ani nie siedzę w cieniu piramid, ale też archiwizuję wszystko albo znaczną większość. Nie czułam więc przesadnej przepaści geograficznej czy antropologicznej, kiedy czytałam tę przyjemną i wciągającą książkę, w której niestety, poza okładką, nie było żadnych obrazków i znowu musiałam zaglądać do wszystkomającego Internetu, żeby zobaczyć na przykład pisarza lub innych. Egipcjanie wrzucali do Nilu ichniejsze Marzanny i wianki, artyści utrwalali przemijającą rzeczywistość rzeźbiąc i malując, co dziś znacznie łatwiej osiągnęliby robiąc miliony zdjęć. Moje książki na przykład są uwiecznione we wszystkich nieomal swoich konfiguracjach i ustawieniach. Do książki raczej już nie będę wracać (chociaż wiadomo, że z takimi deklaracjami nigdy nic nie wiadomo). Jeden tylko szczegół mnie zdziwił, nie dotyczył on na szczęście Egiptu, otóż autorka uznała, że Szeherezada "wymyśla różne niezwykłe historie, by rozerwać sfrustrowanego sułtana". Wydaje mi się, że głównym celem Szeherezady było przeżyć, bo rozrywki sułtana zupełnie nie polegały na słuchaniu opowieści. To drobiazg, ale trochę nadszarpnął moją wiarę w panią Andreu.

Chyba, że się mylę, co też nie jest wykluczone. Egipt piramid przeminął, zupełnie tak samo jak mój wywczas (bo przecież nie urlop, kiedy po raz pierwszy po powrocie z letnich wyjazdów, siedzę w domu ze swoimi książkami i włóczkami, zamiast pracować dzielnie w firmie jakiejś). Nie wiem czy to z tego powodu, czy z jakiegoś innego (globalnego ocieplenia może), pogoda w tym roku nas nie rozpieszczała, jeżeli w Polsce była jedna jedyna burza, to właśnie w Wierchomli.

Dostawałam różne ostrzeżenia na zmianę, od burz z piorunami poprzez upały, powodzie i lawiny (sic!), aż trochę się bałam, że drogi nam zaleje i zmyje i zostanę już na wywczasowym tarasie na zawsze. Na szczęście nie zmyło ani nie zalało, na wszelki wypadek siedziałam na ulubionym fotelu i nie oddalałam się od domu - na zdjęciu poniżej mam na sobie trzy z moich wełnianych (!!!) robótek.


po burzach zawsze za to była tęcza, owce i lody




Ponieważ turystycznie nie udzielałam się w ogóle (nie bez ukrytego w głębiach zadowolenia), główną atrakcją poza czytaniem i robieniem na drutach były zakupy (o Roku bez Zakupów jeszcze będzie, do jego końca został tylko miesiąc) w licznych punktach z pamiątkami regionu beskidzkiego oraz w powstałym niedawno w Piwnicznej Centrum Chińskim. Co w sumie, biorąc pod uwagę kraj produkcji wszystkich pamiątek na świecie, wychodzi prawie na jedno; w Centrum może oferta jest bardziej synkretyczna. Kupiłam sobie do swoich licznych zeszytów naklejki i litery do drutów albo biżuterii


Pan z wąsem przypominał mi bardzo Marcela Prousta i to pomimo angielskiej wieży z zegarem. W kwestii markerów natomiast zainspirowana Internetem zrobiłam sobie licznik rzędów, który wisi na drucie i nie wymaga notowania ani przekręcania a tylko przekładania z kółka na kółko. 



Na drutach wisi poza licznikiem robótka, które ma być docelowo kardiganem Corran, robię go z bardzo przyjemnej włóczki Line Sadnes Garn, przy szyi mnie lekko podgryza, ale mnie len prawie zawsze podgryza, a w Line jest poza bawełną i wiskozą trochę lnu właśnie. Kardigan ma być długi, z długimi rękawami i dekoltem V, na razie przyrasta bardzo szybko, ale jest wyjątkowo niefotogeniczny na etapie WIP (czyli pracy w toku).


Na żywo ładniejszy trochę, w kolorze szałwiowym.

Za oknem piękna pogoda (no pewnie, skoro już jestem w mieście), na targu piękne warzywa i owoce, na półkach książki, można się delektować latem, czego sobie i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. A książkę zakładałam delikatną zakładką z hieroglifami (pewnie wyprodukowaną w Chinach, ale co tam, wygląda jak z Egiptu prosto)


PS PS Na lipiec wylosowałam (w moim LOTTO nieczytanych) między innymi Fausta, no cóż, czekał, czekał, aż się doczekał. Trzeba przetrwać tę romantyczną dawkę. :D

niedziela, 25 czerwca 2023

Pałace, kubki, kolory i niekocyki

 


"A już, wierzcie mi, wprost rozpacz mnie ogarnia, kiedy do snu się rozbieram i pomyślę, że rano przyjdzie mi się znowu ubrać, a wieczorem znów rozebrać, rano ubrać, wieczorem rozebrać, ubrać, rozebrać, to już nieraz chciałbym dnia nie dożyć. Całe szczęście, że lokaj mi pomaga, bo sam nie miałbym chyba siły.

Jakież to wszystko nudne. Co to będzie? Co to będzie?"

Pałac, Wiesław Myśliwski

Pałac wylosowałam w swoim miesięcznym losowaniu moich spośród moich Wielkich Nieprzeczytanych i tym sposobem nie stał już na półce, gdzie od ośmiu lat albo od dziesięciu, dokładnie nie pamiętam, bo jak kolejka długa, to lata mijają nie wiadomo kiedy.

Pierwszą książkę Myśliwskiego dostałam w prezencie, przeczytałam, podobała mi się, drugą kupiłam ze względu na tytuł, bo jak nie zauroczyć się traktatem o łuskaniu? Przeczytałam, podobała mi się i potem już łatwym kupowaniem internetowym nakupiłam kolejne cztery, wszystkie miały śliczne okładki, chociaż tytuły już mniej śliczne, postawiłam je na półce i już nie przeczytałam. Aż przyszło losowanie i na Pałac padło.

Przeczytałam i też mi się podobało. Nie jest to mój ulubiony w tej chwili typ lektury, ale nie można odmówić Myśliwskiemu uroku, głębokiej refleksji, tajemnicy, płynnej narracji i wręcz lekko narkotycznego rytmu. Sprawnie wprowadza czytelnika w trans i to jednym tylko pastuchem Jakubem, który najpierw jest Jakubem, a potem dalej jest pastuchem ale trochę się przemienia w dziedzica. Oczywiście w swojej wyobraźni a może w wyobraźni autora, w sumie nie ma to żadnego znaczenia ani dla powieści ani nie miało dla mnie, cały ten ciąg sugestywnych dworskich obrazków, cały korowód osób przewijających się i te wszystkie rozmowy były wystarczająco ciekawe.

Jako że zdecydowanie nie mam lokaja, dbam bardzo o to, że mnie ominęła ta nuda kolejnych dni i nocy. A nudę można rozproszyć różnymi rzeczami, w tym między innymi kolorami. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, zaopatrzyłam się w kredki i kolorowanki (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie z pewnością w kolejnych odcinkach, bo w sierpniu ów Rok się kończy). Jakieś kredki od wielu lat miałam, ale okazały się być kredkami męczącymi i nienajlepszymi (tak to właśnie jest, kiedy człowiek wgłębia się w różne tematy na YouTube), teraz mam niemęczące (Polychromos Faber Castel, bo zdjęcie jest poglądowe tylko) chociaż dalej dla amatorów.



Kolorowanki kupiłam różne, dla dorosłych i dla dzieci, ale te dla dzieci wolałabym chyba dać wnuczkom, bo nie wyobrażam sobie jak ja pomaluję tego Vermeera. Wnuczęta moje pomalowałyby taką Dziewczynę z perłą raz dwa. No trudno, zaczęłam od kolorowanek dla dorosłych, a Vermeera przepracowuję w sobie, że to nie będzie profanacja tylko…, no do tego jeszcze nie doszłam w zastanawianiu co.  


 

Do kolorowania kupiłam (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie)s obie też kubek, który bardzo jest przydatny do przeganiania nudy, zwłaszcza że jest ręcznie ulepiony przez MiskiIzki z Łodzi. I trzeba wspierać lokalnych artystów, nie ma rady. Więc wsparłam (dwa razy)



Jakiś czas temu wygrałam niespodziewanie nagrodę główną na Instagramie, co prawda tematem konkurencji była największa wtopa dziewiarska, ale trudno, przepracowałam to w sobie, że dzierganie czyni mistrzów i że kiedyś będę, i że te trzy rękawy w swetrze to zrobiłam dawno temu i już się to nie powtórzy. Nagroda jest bardzo śliczna, trzyelementowa, przy czym część wełniana jest związana z Muminkami, co mnie cieszy jeszcze bardziej. 


Będą z niej skarpetki, ale najpierw zrobię sweterek. 


Sweterek zaczęłam od próbki i już bez wyrzutów sumienia, bo kocyki dla wnucząt skończone, wymagają tyko dorobienia pomponów i pochowania nitek. Robię więc wreszcie niekocyk, mam kawałek ściągacza (sweter robiony jest od dołu, raz tylko robiłam i wspomnienia mam nieco traumatyczne, ale to było w epoce trzech rękawów, więc dawno, teraz może pójdzie łatwiej) i tak sobie myślę, że odkąd wpisałam te kilogramy liczne moich włóczek w tabelki, to wydaje mi się, że one już przerobione są. To bardzo przyjemne uczucie, co prawda zaczynają wtedy po głowie chodzić nowe włóczki, ale Rok bez Zakupów jeszcze się nie skończył, ale o nim będzie. Tymczasem napadało dużo deszczu, ale dziś wyszło słońce, roślinność ozdobna i jadalna wymyta i żywa, można się cieszyć nią i spożywać, czego sobie i Wam życzę, dobrego dnia!

I niezmiennie dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, a Pałac zakładałam zakładką z parkiem jakby pałacowym trochę i letnim.    


sobota, 17 czerwca 2023

Fantazje w przerwach


 

„Godny pożałowania zwyczaj brzdąkania (fantasieren) na instrumentach w czasie przerw w graniu, zwłaszcza podczas recytatywów w muzyce kościelnej, jest haniebny, gdyż wprowadza Mischmasch dla słuchaczy, powodując u nich takie przykre dolegliwości utrudniające odbieranie muzyki jak ból zębów czy kłucie w boku.”

Muzyka w Zamku Niebios, John Eliot Gardiner

Bach jaki jest każdy słyszy. Na pewno nie powoduje bólu zębów czy kłucia w boku, chociaż niewykluczone, że od wykonania jego własnych kompozycji kłuło go w boku i rzucał w nerwach perukę na ziemię. Nie ma łatwo taki geniusz, który słyszy każdy fałsz, a czasu na próby nie ma za wiele. Nie miał też łatwo z przełożonymi, którzy albo nie rozumieli kogo zatrudniają, albo skąpili pieniędzy, a nieraz jedno i drugie. Nie miał łatwo z publicznością, która się spóźniała, witała i przechadzała w czasie muzyki. Ciekawe czy Bach teraz, siedząc na pewno u boku pana Boga cieszy się z tych trudów i starań z jakimi jego muzyka jest wykonywana dziś. Kiedy pojawiła się „Muzyka w Zamku Niebios”, od razu ją kupiłam (na gwiazdkę, ale mój Rok bez Zakupów będzie jeszcze omawiany w kolejnych odcinkach), bo spodziewałam się, że skoro napisał ją dyrygent, a dyrygent musi porywać, więc ta książka również porywa. Napisana z pasją, werwą, humorem, zdobiona świetnymi metaforami,  żywo prowadzoną narracją i widoczną erudycją autora. Jest dodatkowo pięknie wydana z licznymi ilustracjami i obszernymi indeksami oraz bibliografią.

Zwłaszcza indeks dzieł Bacha jest istotny, bo można sobie usiąść z płytą albo Internetem, puścić jakąś kantatę czy BWV (dzieło Bacha), co jest bardzo łatwe, bo wszystkie są ponumerowane i przeczytać czego dokładnie się słucha. Gdzie jest wesoło (to nawet ja jestem w stanie zauważyć), gdzie jest smutno, gdzie jest protestancko, gdzie katolicko bardziej, gdzie ironicznie a gdzie bardzo nabożnie.

Czytałam z przerwami dwa miesiące, ale warto było. Mimo niektórych fragmentów dla mnie niezrozumiałych, bo bardzo technicznych. No ale dla mnie wszystko chociaż odrobinę muzyczne, czy to nuta, szesnastka, klucz, interwał, jest niezrozumiałe, niestety.

Bach twierdził, że każdy może osiągnąć to co on, tylko musi ciężko pracować. Jest to w sumie pocieszające, no chyba, że trzeba byłoby pracować przez miliony lat. Na wszelki wypadek więc nie zabrałam się za komponowanie, ale w swojej skromności i zdrowym rozsądku dalej dziergałam kocyk. Kocyk jaki jest, wiadomo, duży, długi i długotrwały, więc na raz po prostu nie da się wytrzymać, trzeba zrobić przerwę dla głowy i dla rąk. Przerwa jest o tyle bezpieczna, że robi się ją szybko i w natchnieniu, jak to na ogół bywa po wyrwaniu się na przerwę. Szczęśliwie moje fantasieren w przerwach nie było karalne. (Tylko moja ulubiona ciocia mówiła w tle - rób kocyk!)



Tym razem po Safranie zielonym nastał Safran czerwony, a właściwie fuksjowy. Według wzoru Sunshine coast. Jak zaczęłam, tak zrobiłam korpus, zostały mi tylko rękawy, ale te już grzecznie czekają na koniec kocyka, Koniec jest bliski, bo za około trzydzieści centymetrów. Natomiast kupiony na Ravelry wzór bardzo mi się spodobał. Jest napisany cudownie jasno, są ponumerowane markery, co znacznie ułatwia orientację w rękawach i przodach, po każdej akcji jest podana liczba oczek jaką powinniśmy mieć na drutach – po prostu mistrzostwo wzoru (myślę, że rękawy opisane podobnie, bo jeszcze nie czytałam). W związku z ponumerowaniem markerów, wykorzystałam swoje markery z cyframi i dołożyłam litery. W ten sposób zawsze wiedziałam, gdzie jest SSK a gdzie K2tog oraz inne tego typu YO czyli narzuty. 

Zaoszczędzony na zerkaniu w opis czas będę mogła wykorzystać na pracę nad sobą, liczenie włóczek czy haftowanie albo inne hobby.

Sweterek zapowiada się bardzo użytecznie i miło do sukienki letniej. Bo przecież w końcu przyjdzie czas, że letnie sukienki wyjmiemy z szafy, czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze – dobrego dnia!

Ps. Długo myślałam czym założyć Bacha i w końcu wybrałam ptaki, no bo one jednak chyba najbardziej wytrzymują poziom muzyczny.



sobota, 10 czerwca 2023

Przemiany w tabelkach

 

„Na przykład Nikołaj Tołstoj, poszukując powodów powodzenia bajkowego Bułeczki w czasie ucieczki, doszedł m. in. do wniosku, iż nietykalność zapewniała mu powtarzana w sytuacji zagrożenia piosenka o procesie jej tworzenia. Skonstruowana była bowiem na wzór ludowych pieśni o kreacji, stanowiących werbalną ochronę w czasie obrzędów.”

Bajka zwierzęca w tradycji ludowej i literackiej

Uwielbiam takie wnioski, tak jak zwykła mała odciśnięta w skale skorupka odkrywa nagle morskie otchłanie w zwykłych górach, tak pieśń o kreacji otwiera otchłanie czasu i obyczaju w zwykłych bajeczkach. Dla takich fragmentów warto było przeczytać ten zbiór artykułów na temat zwierząt w bajkach. Sama książka wydana niedbale dosyć, brak indeksów, brak bibliografii, część tekstów mnie wynudziła. Okładka za to prześliczna no i parę takich perełek. Było też o Brzechwie, o Leśmianie, o wilkach, o Domeczku (jak ja nie lubiłam tej bajki, nic dziwnego, bo w Domeczku zagnieździło się samo chtoniczne plugastwo), o niedźwiedziu i o przemianach, bo przemiany w bajce muszą być.

Osobiście też bardzo chciałabym się przemienić z Czajki prokrastynującej, zasypanej licznymi hobby i próżnej w Czajkę pracowitą, zorganizowaną, systematyczną i panującą nad zapasami. W mądrości przybywającej bez zasługi a tylko z racji przybywających lat zauważyłam, że nie ma co czekać na magiczną przemianę, na jakieś wróżki czy niedźwiedzie, trzeba się za nią wziąć osobiście i własnoręcznie. Jako umysł poniekąd ścisły wymyśliłam sobie różne niemagiczne ale pomocne tabelki, harmonogramy i wykresy.

Nie tak dawno, w kwietniu, wzięłam udział w pewnym internetowym wyzwaniu, które polegało na przerobieniu w ciągu miesiąca 200 gramów włóczki ze swoich zapasów. 200 gramów w zapasach miałam, a jakże, nawet niejedno, zaczęłam więc dziergać i ważyć i przy okazji zaczęłam zastanawiać się ile zapasów tak naprawdę mam i ile włóczki przerabiam miesięcznie, ile czasu poświęcam na dzierganie, szłam do kuchni ugotować obiad i tak myślałam, w końcu wyjęłam wagę, wyjęłam komputer, obiadu nie ugotowałam, ale za to mam teraz prześliczną tabelkę, w której widzę jak na dłoni, że zapasów mam na cztery lata niespełna (więc nie tak źle, jest duża szansa przerobić), dziennie dziergam zaskakująco mało, myślałam, że cały dzień, a tu nie. Trochę mi wstyd się przyznać, ale trudno, czas mierzę minutnikiem. I nawet nie jest to czysta fiksacja, ale pomaga mi się skupić na dzierganiu bez ciągłego sprawdzania co nowego w Internecie. Włączam sobie minutnik na godzinę i wpisuję w notatnik w telefonie, raz w tygodniu wpisuję w tabelkę. Tabelka liczy mi ile zrobiłam w roku robótek, ile wyrobiłam gramów, ile poświęciłam godzin i ile kupiłam (brakło mi na kocyki i musiałam). Nie wiem, czy tabelka przemieniła mnie całkiem i na stałe, ale bardzo się z nią lubię póki co. W jakimś stopniu poczułam się odgruzowana z motków i widzę naocznie jak ich ubywa.

 


Widzę też, że w tym roku przeważnie robię kocyki dla wnucząt - pod nazwą robótki jest liczba godzin. Kocyki są pełnowymiarowe i nie da się ich robić bez przerwy, trzeba mieć małą odskocznię, żeby się nie znudzić i nie przygnębić. Jedną odskocznią był zielony boxy sweter z Safranu. Robił się bardzo szybko, może dlatego właśnie, że był odskocznią i ucieczką. 




Bardzo jest milutki, lejący i wygodny. 

Teraz mam kolejną odskocznię, w kolorze fuksji, brakuje jej tylko rękawów, ale o niej w kolejnym odcinku. Może rękawy zrobię po kocykach, jeden praktycznie skończony poza chowaniem nitek i pomponami, drugiemu brakuje pół metra. Powinnam szybko zrobić, bo za oknem na ogół pada. I grzmi. Taki wywczas.


Mam nadzieję, że u Was bardziej słonecznie i mniej burzowo i mam nadzieję że moje przemiany powiodą się przynajmniej w zakresie blogowej systematyczności. Dziękuję Wam za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!