"Jest to książka o Homerze. To on jest naszym pieśniarzem śpiewającym opowieści. Zarazem jednak, w szerszym sensie, reprezentuje wszystkich pieśniarzy śpiewających opowieści od niepamiętnych czasów zamierzchłej przeszłości aż po dzień dzisiejszy."
Pieśniarz i jego opowieść, Albert B. Lord
W latach trzydziestych ubiegłego wieku Albert B. Lord, późniejszy profesor slawistyki na uniwersytecie Harvarda, ze swoim ówczesnym mentorem Milmanem Parrym zabrał pół tony płyt aluminiowych (pomyśleć tylko, że teraz wystarczyłby smartfon) i pojechał na Bałkany nagrywać tamtejszych Homerów. Wszystkie te nagrania (prawie wszystkie) umieszczone na gustownej płycie DVD (ważącej zdecydowanie mniej niż pół tony) zostały przyklejone do tylnej okładki książki, którą ślicznie przecenioną nabyłam jakiś czas temu. Naczytawszy się opowieści o Orfeuszu w Bułgarii, przesunęłam Pieśniarza na początek kolejki i zaczęłam czytać czas jakiś temu. Płyty nie słuchałam jeszcze, może boję się zasłuchać albo rozczarować.
Jestem w połowie czytania i trochę niepokoję się o Homera, bo coś czuję, że w drugiej połowie się rozstrzygnie, czy on był naprawdę, czy nie i czy to on wyśpiewał Iliadę z Odyseją czy jakiś inny poeta o tym samym nazwisku. Bo generalnie pieśniarz od dawien dawna nie śpiewał pieśni po to żeby przekazywać ją kropka w kropkę następnym pokoleniom, ale ją tworzył w czasie śpiewania. Tak pieśń żyła tylko jednej nocy i przepadała w niepamięci. I tylko opowieść w tej pieśni była prawdziwa i niewymyślona. I to ona trwała przez wieki.
Wszystkie nagrane i przeanalizowane pieśni (a nagrywane je w sumie przez kilkanaście lat) mają tę tezę udowodnić. Czytam sobie powoli, mimo niepokoju, nie zaglądam na koniec i cierpliwie czekam na rozwój wypadków. Czyta mi się dobrze, nawet pomimo "alternacji wzorców rytmicznych w długich półwersach", które z rzadka napadają mnie z kartek i których nic a nic nie rozumiem. Skupiam się na opowieściach, na epice (która "nie tylko jest rodzajem literackim, ale sposobem na życie"), na pasaniu owiec, starych sposobach życia i starych mowach. Jestem w połowie i za mną wprowadzenie do nowego wydania, przedmowa, przedsłowie i wprowadzenie, oraz kilka rozdziałów właściwych.
W tle (czyli w środę z Maknetą) dziergam pierwszy rękaw (chyba prawy) pasiastego sweterka i tu mnie naszła refleksja o kobiecej logice. Trzy ostatnie pary rękawów wydziergałam symultanicznie (w sensie, że dwa rękawy na raz i na jednej żyłce) i tak postanowiłam sobie dziergać już zawsze. Ale poczułam się zmęczona żyłką, przekładaniem magicznych pętelek i zapragnęłam mieć krótkie druty na krótkich żyłkach. Poszukałam w sieci, przeczytałam opinię Doroty od swetrów, która odradza zdecydowanie takie druty i takie żyłki, kupiłam jedne na próbę. Okazały się skrajnie niewygodne (żyłka 23cm) i nie można ich zwinąć w kółko bez trudu. Po czym. Po czym kupiłam kolejne trzy pary. Wbrew pozorom i zdrowemu rozsądkowi była to decyzja słuszna. Krótkie drutki na krótkiej żyłce (30cm) są bardzo wygodne i bardzo przyjemnie dzierga się rękaw (prawy, ale myślę, że z lewym będzie podobnie).
Wniosek z tego taki, że nie warto trzymać się kurczowo zdrowego rozsądku i warto czasem popłynąć z kobiecą logiką. Tym sposobem mam nową paczkę Muskat w ślicznym kolorze, pięć czekoladowych włóczek Ella, śliczny naszyjnik sutasz w kolorze błękitnym i dwie książki o tłumaczeniach w drodze.
Oraz cztery kubeczki. Niby miałam nie kupować, ale czy jesteśmy w stanie zdrowym rozsądkiem zgłębić głębie kobiecej logiki? Nie jesteśmy, więc lepiej się poddać i czekać na dobre, które z tego poddania wyjdzie. Na pewno czekoladowa Ella będzie pyszna.
Tak jak moja własnoręcznie wyprodukowana zakładka z pudełka po niemieckich truflach:
i tak jak drożdżowe jagodzianki:
Trochę przeciekły, ale to w niczym nie zaszkodziło im w byciu pysznymi. Wiem, wiem - biodra, talia i te rzeczy, ale jest lato - czas plonów. Nie można pozwolić, żeby się plony marnowały na targu. Jagody stworzone są do jagodzianek i trzeba się z tym pogodzić i uszanować. No i zjeść na koniec do kawy.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i komentarze, miłego dnia! :)
środa, 27 lipca 2016
środa, 20 lipca 2016
Kolory z osłem w tle
"Kiedy byłam dzieckiem, słuchałam opowieści wuja Aleko o tym, jak pięknie jest być pasterzem. Mówił, że pasterze pędzą krowy, owce i kozy na tutejsze łąki. Owce jedzą trawę i zioła porastające stoki, a potem dają mleko. Pasterz pilnuje ich, korzystając z pomocy psa pasterskiego, przygrywając sobie na fujarce. Opowieści były tak piękne, że co roku błagałam wuja, żebym i ja mogła paść owce.
- Kupię ci jagniątka - mówił - bo z owcami albo krowami nie dasz rady. A jagniątka są w sam raz. Kupimy im na targu małe dzwoneczki, żebyś ich nie pogubiła. Musisz tylko zrobić sznureczki do tych dzwoneczków, aby móc je wiązać.
Robienie sznureczków dla pięcioletniej dziewczynki było dużym wyzwaniem, ale tak bardzo chciałam pasać jagniątka, że nauczyłam się dziergać na szydełku. Tak jak potrafiłam, nieporadnie, ale z wielką pasją plotłam sznureczki do dzwoneczków dla jagniątek."
Tam, gdzie urodził się Orfeusz, Ałbena Grabowska-Grzyb
Ałbena nigdy nie pasła jagniątek, pewnie później nie dziergała też więcej na szydełku, została neurochirurgiem i opisała swoje dawne i obecne wakacje w kraju swojej mamy, czyli w Bułgarii. Książkę wydano, a ja ją kupiłam ulegając zarazie dzisiejszych czasów, czyli zgubnym urokom promocji. Od jakiegoś czasu staram się być silniejsza niż czerwone liczby z ujemnymi procentami, bo potem okazuje się, że mamy co prawda książki za pięć złotych, ale takie, których za nic nie mamy chęci czytać. W tym przypadku skusił mnie osiołek z okładki i Orfeusz z tytułu.
Bułgaria, chociaż sto lat temu byłam tam w podróży poślubnej, nie kusiła mnie wcale i to właśnie okazało się być błędem. Otóż Bułgaria (a konkretnie bardzo mała wioska w Rodopach) jest taka, jakiej naprawdę nie znamy (to znaczy ja w ogóle nie znam).
Jest upał (bo to wakacje), są wąskie, karkołomne drogi (bo to góry), jest pełno aromatycznego jedzenia, są blisko stuletnie obrusy ręcznie tkane przez prababcię i cynowe naczynia. Są cukierki za zdrowie i zioła świeże oraz suszone i każdy jest tak życzliwy, że nam (z miast i zasobniejszych wsi) się w głowie nie mieści. Nie ma tylko herbaty, ale jest kawa za to i rumianek, mięta, dziurawiec i czarna porzeczka. Jest też Orfeewo cwete, roślina, którą imieniem Orfeusza nazwali z wdzięczności Rzymianie i którą co prawda karmi się kury (bo nie ma żadnych cennych właściwości leczniczych), ale samego Orfeusza się kocha i wielbi jako rodaka z Rodopów. To nie ulega żadnej wątpliwości, że on się tam właśnie urodził, tam śpiewał, tam kochał Eurydykę, tam za nią poszedł do piekieł i tam umarł z miłości do niej, dowodem chociażby są niewątpliwie przejawiane żywo talenta muzyczne dzisiejszych mieszkańców.
Wszystko to opisane z wdziękiem, plastycznie, sugestywnie, z humorem, zajmująco. Jest też trochę historii (ale nienużąco długo), trochę klimatycznych zdjęć i na koniec kilka przepisów kulinarnych. Czego chcieć więcej? Mnie już niczego nie brakowało i byłam bardzo szczęśliwa, że dałam się uwieść marketingowym manipulacjom i że nabyłam tę smaczną opowieść.
Jako że też nie dziergam na szydełku, dziergałam na drutach, zwłaszcza dzisiaj, bo dzisiaj wiadomo - środa z Maknetą. Owładnięta jakimś kolorowym przymusem, nakupiłam włóczek na fair isle. Ale zanim (chociaż nie mogę się doczekać i tylko pogoda mnie powstrzymuje przed ciepłą, podwójnie wełnianą czapką) cały czas dziergam morski sweterek w paski.
Jestem z niego coraz bardziej zadowolona (mam nadzieję, że tendencja wzrostowa się utrzyma), mam w planie przyszyć mu ozdobne guziczki z tyłu, jeszcze nie wiem jakiego koloru. Dzierga się w miarę szybko i przyjemnie (bawełna Paris Dropsa), tylko nie wiem czy dół podzielić czy zaokrąglić (żeby tył był nieco dłuższy).
A w tle lato, lipiec powoli dobiega końca i nawet jeśli markety, miasta, cywilizacja, internet z delikatesami, to o tej porze włącza mi się tryb zapasów. Zupełnie nie jak Homo Tescus wracam z targu z koszami warzyw, które są niczym martwe natury w najlepszym muzeum:
I z naręczami drożdży, które potem wypiekają się w bułeczki z wiśniami i pachną jak marzenie:
Piekłam po raz pierwszy i jestem bardzo z siebie dumna. Potem przymusowo bezy (bo nadprogramowe białka, wiadomo):
No cóż, milion kalorii, ale lato, zima idzie, nowy piekarnik - nawet nie walczyłam z pokusami. Jak widać zakładka też uległa, zalegając ciasteczkami na deserach:
Pozdrawiam wszystkich zaglądających, dziękuję za komentarze. Miłego dnia! :)
- Kupię ci jagniątka - mówił - bo z owcami albo krowami nie dasz rady. A jagniątka są w sam raz. Kupimy im na targu małe dzwoneczki, żebyś ich nie pogubiła. Musisz tylko zrobić sznureczki do tych dzwoneczków, aby móc je wiązać.
Robienie sznureczków dla pięcioletniej dziewczynki było dużym wyzwaniem, ale tak bardzo chciałam pasać jagniątka, że nauczyłam się dziergać na szydełku. Tak jak potrafiłam, nieporadnie, ale z wielką pasją plotłam sznureczki do dzwoneczków dla jagniątek."
Tam, gdzie urodził się Orfeusz, Ałbena Grabowska-Grzyb
Ałbena nigdy nie pasła jagniątek, pewnie później nie dziergała też więcej na szydełku, została neurochirurgiem i opisała swoje dawne i obecne wakacje w kraju swojej mamy, czyli w Bułgarii. Książkę wydano, a ja ją kupiłam ulegając zarazie dzisiejszych czasów, czyli zgubnym urokom promocji. Od jakiegoś czasu staram się być silniejsza niż czerwone liczby z ujemnymi procentami, bo potem okazuje się, że mamy co prawda książki za pięć złotych, ale takie, których za nic nie mamy chęci czytać. W tym przypadku skusił mnie osiołek z okładki i Orfeusz z tytułu.
Bułgaria, chociaż sto lat temu byłam tam w podróży poślubnej, nie kusiła mnie wcale i to właśnie okazało się być błędem. Otóż Bułgaria (a konkretnie bardzo mała wioska w Rodopach) jest taka, jakiej naprawdę nie znamy (to znaczy ja w ogóle nie znam).
Jest upał (bo to wakacje), są wąskie, karkołomne drogi (bo to góry), jest pełno aromatycznego jedzenia, są blisko stuletnie obrusy ręcznie tkane przez prababcię i cynowe naczynia. Są cukierki za zdrowie i zioła świeże oraz suszone i każdy jest tak życzliwy, że nam (z miast i zasobniejszych wsi) się w głowie nie mieści. Nie ma tylko herbaty, ale jest kawa za to i rumianek, mięta, dziurawiec i czarna porzeczka. Jest też Orfeewo cwete, roślina, którą imieniem Orfeusza nazwali z wdzięczności Rzymianie i którą co prawda karmi się kury (bo nie ma żadnych cennych właściwości leczniczych), ale samego Orfeusza się kocha i wielbi jako rodaka z Rodopów. To nie ulega żadnej wątpliwości, że on się tam właśnie urodził, tam śpiewał, tam kochał Eurydykę, tam za nią poszedł do piekieł i tam umarł z miłości do niej, dowodem chociażby są niewątpliwie przejawiane żywo talenta muzyczne dzisiejszych mieszkańców.
Wszystko to opisane z wdziękiem, plastycznie, sugestywnie, z humorem, zajmująco. Jest też trochę historii (ale nienużąco długo), trochę klimatycznych zdjęć i na koniec kilka przepisów kulinarnych. Czego chcieć więcej? Mnie już niczego nie brakowało i byłam bardzo szczęśliwa, że dałam się uwieść marketingowym manipulacjom i że nabyłam tę smaczną opowieść.
Jako że też nie dziergam na szydełku, dziergałam na drutach, zwłaszcza dzisiaj, bo dzisiaj wiadomo - środa z Maknetą. Owładnięta jakimś kolorowym przymusem, nakupiłam włóczek na fair isle. Ale zanim (chociaż nie mogę się doczekać i tylko pogoda mnie powstrzymuje przed ciepłą, podwójnie wełnianą czapką) cały czas dziergam morski sweterek w paski.
Jestem z niego coraz bardziej zadowolona (mam nadzieję, że tendencja wzrostowa się utrzyma), mam w planie przyszyć mu ozdobne guziczki z tyłu, jeszcze nie wiem jakiego koloru. Dzierga się w miarę szybko i przyjemnie (bawełna Paris Dropsa), tylko nie wiem czy dół podzielić czy zaokrąglić (żeby tył był nieco dłuższy).
A w tle lato, lipiec powoli dobiega końca i nawet jeśli markety, miasta, cywilizacja, internet z delikatesami, to o tej porze włącza mi się tryb zapasów. Zupełnie nie jak Homo Tescus wracam z targu z koszami warzyw, które są niczym martwe natury w najlepszym muzeum:
I z naręczami drożdży, które potem wypiekają się w bułeczki z wiśniami i pachną jak marzenie:
Piekłam po raz pierwszy i jestem bardzo z siebie dumna. Potem przymusowo bezy (bo nadprogramowe białka, wiadomo):
No cóż, milion kalorii, ale lato, zima idzie, nowy piekarnik - nawet nie walczyłam z pokusami. Jak widać zakładka też uległa, zalegając ciasteczkami na deserach:
Pozdrawiam wszystkich zaglądających, dziękuję za komentarze. Miłego dnia! :)
środa, 13 lipca 2016
Listy w paski
"Ham znów zaczęła rzeźbić łódki z korka, robi małe domki, szaleje w ogrodzie, rzuca kamieniami, jak ma siłę, dzierga, robi wszystko co ją bawi, kiedy wreszcie pogodziła się ze sobą i swoją starością."
Listy, Tove Jansson
Jao i ja, pogodzona ze sobą, czytam i dziergam, bo to dzisiaj środa u Maknety.
"Listy" to dosyć opasłe tomisko, a mimo wszystko pozostawia pewien niedosyt, bo Tove Jansson zawsze jest za mało. Chciałoby się więcej listów, więcej rysunków, więcej szczegółów. A listów Tove pisała tysiącami - do rodziny, do przyjaciół, do czytelników. Wybór jest zaledwie ułamkiem, jak sobie wyobrażam. Mamy w tym ułamku młodą Tove w Paryżu, i w Grecji, i na swoich wyspach (dwóch). Tove zafascynowaną i pełną energii, i zniechęcenia, w różnych związkach szczęśliwych i w różnych uwikłaniach.
Teraz chciałoby się koniecznie znowu wrócić do Muminków bez pośpiechu, bo listy trochę pędzą za szybko.
Tymczasem za oknem gna lato z upałami, lipcowymi burzami, z wakacyjnym morzem, które, choć daleko od pourlopowego miasta, latem narzuca mi się nieodparcie swoim słonym zapachem i kolorami. Nie było wyjścia - niebiesko-zielona woda, granatowe niebo (albo odwrotnie), rozgrzane do białości piaski na plaży - jednym słowem dziergam wakacyjny sweter w morskie paski.
Po krótkich naukach u Dropsa, paski są bez ząbków, mimo że sweter w okrążeniach:
Dobrze, jednak z malutkimi ząbkami, które po praniu być może znikną.
A co poza czytaniem i dzierganiem?
Mała sesja ogoniastego w wielkim sosnowym lesie nad zalewem (las widać, zalewu tymczasem nie)
Bardzo dobrze się nosi, nic się nie wyciąga (ale na wszelki wypadek go nie piorę, jak przyjdzie pora na pranie, to zobaczymy czy ogony będą się włóczyć po trotuarze, szkoda byłoby) i jest niezwykle milusi.
Zrobiłam też sobie selfie (wszyscy robią, więc dlaczego ja mam sobie nie zrobić):
Listy zakładałam zakładką prosto ze Szwecji jak Muminki (chociaż prosto z Ikei też można). Wyprodukowałam ją z pudełka po pysznych bożonarodzeniowych cynamonowych ciasteczkach:
Zakładka mnie cieszy zwłaszcza kuchennymi gadżetami, do których mam słabość. Pewnie dlatego, że kojarzą mi się z obfitością pachnących wanilią ciast i głębokim aromatem różnych bigosów oraz zup.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, miłego dnia! :)
Listy, Tove Jansson
Jao i ja, pogodzona ze sobą, czytam i dziergam, bo to dzisiaj środa u Maknety.
"Listy" to dosyć opasłe tomisko, a mimo wszystko pozostawia pewien niedosyt, bo Tove Jansson zawsze jest za mało. Chciałoby się więcej listów, więcej rysunków, więcej szczegółów. A listów Tove pisała tysiącami - do rodziny, do przyjaciół, do czytelników. Wybór jest zaledwie ułamkiem, jak sobie wyobrażam. Mamy w tym ułamku młodą Tove w Paryżu, i w Grecji, i na swoich wyspach (dwóch). Tove zafascynowaną i pełną energii, i zniechęcenia, w różnych związkach szczęśliwych i w różnych uwikłaniach.
Teraz chciałoby się koniecznie znowu wrócić do Muminków bez pośpiechu, bo listy trochę pędzą za szybko.
Tymczasem za oknem gna lato z upałami, lipcowymi burzami, z wakacyjnym morzem, które, choć daleko od pourlopowego miasta, latem narzuca mi się nieodparcie swoim słonym zapachem i kolorami. Nie było wyjścia - niebiesko-zielona woda, granatowe niebo (albo odwrotnie), rozgrzane do białości piaski na plaży - jednym słowem dziergam wakacyjny sweter w morskie paski.
Po krótkich naukach u Dropsa, paski są bez ząbków, mimo że sweter w okrążeniach:
Dobrze, jednak z malutkimi ząbkami, które po praniu być może znikną.
A co poza czytaniem i dzierganiem?
Mała sesja ogoniastego w wielkim sosnowym lesie nad zalewem (las widać, zalewu tymczasem nie)
Bardzo dobrze się nosi, nic się nie wyciąga (ale na wszelki wypadek go nie piorę, jak przyjdzie pora na pranie, to zobaczymy czy ogony będą się włóczyć po trotuarze, szkoda byłoby) i jest niezwykle milusi.
Zrobiłam też sobie selfie (wszyscy robią, więc dlaczego ja mam sobie nie zrobić):
Listy zakładałam zakładką prosto ze Szwecji jak Muminki (chociaż prosto z Ikei też można). Wyprodukowałam ją z pudełka po pysznych bożonarodzeniowych cynamonowych ciasteczkach:
Zakładka mnie cieszy zwłaszcza kuchennymi gadżetami, do których mam słabość. Pewnie dlatego, że kojarzą mi się z obfitością pachnących wanilią ciast i głębokim aromatem różnych bigosów oraz zup.
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, miłego dnia! :)
środa, 22 czerwca 2016
Przekręcone Angery
Ale zanim nastała bawełna, wykańczał się bambus. Mogę nawet powiedzieć, że się całkiem wykończył poza chowaniem nitek - ma rękawy (znowu dziergałam dwa naraz i mimo żmudnego przekładania swetra i przekręcania kłębka (jeden rękaw z wierchu kłębka, drugi z środka) to i tak jest to moja preferowana metoda - dzięki niej rękawy mam tej samej długości i szerokości, a różnie bywało.
Bambus wygląda ślicznie - jest gładki, połyskliwy, lejący i ma same zgrabne oczka (no, prawie). Do dziergania (bo dzisiaj środa z Maknetą) słuchałam Balzaka, bo Balzak na lato jest równie dobry jak bambus (bez obrazy). Początek dziewiętnastego wieku, stare, ponure domostwo, stary skąpiec (skąpcy w literaturze są tak samo malowniczy jak w życiu przerażający), który świat widzi tylko przez złote dublony, stara wierna sługa, zahukana nieco żona i śliczna, cnotliwa oraz nad wyraz dobra córka. Do tego lekkomyślny kuzyn. Dosyć żeby upichcić zajmującą fabułę, przy czym nie kończy się ona w sposób przewidywalny (a przynajmniej nie za bardzo). Balzac wszystko maluje tak sugestywnie, że przyjemnością było słuchać, chociaż lektor chyba pierwszy raz spotkał się ze zjawiskiem zwanym w szerokich kręgach językiem francuskim. Czytał dosłownie, co w sumie ma tę zaletę, że zawsze wiemy o kogo chodzi i że to rodzina Grandet (a nie podejrzanie niewyraźnie Grąde). W dodatku wnosi nieco zagraniczności hiszpańskiej, mianowicie często tam jeżdżą do Angeru a nie do poczciwie francuskiego Ąże.
Bambus jeszcze bez rękawów dostąpił sesji w czasie strasznych powiewów. Powiewy napawały nadzieją na malownicze zdjęcia z furkoczącymi połami. Oczywiście jak tylko mąż włączył aparat, zapadła zupełna cisza górska i nic nie powiewało. Na końcu dopiero, kiedy już się zwijaliśmy wiatr powrócił, co mnie tak ucieszyło, że furkoczące poły wstawiam wszystkie.
Dziękuję za przemiłe komentarze i odwiedziny! Wszystkich serdecznie i gorąco pozdrawiam. Miłego dnia! :))
środa, 15 czerwca 2016
Dynie i bambusy
Nawet długie dnie czerwcowe są za krótkie na uprawianie moich hobby, które zapakowane w liczne torby przywiozłam w urlopowe Beskidy. Koloruję obrazki, biegam po górach z kijkami, ale najwięcej dziergam i czytam (zwłaszcza w środy z Maknetą - niezakłócone urlopem, pomimo że internet nie chce za bardzo współpracować).
Dziergam od miesiąca ogoniastego z pasiastego bambusa i słucham tego, co niechcący zabrało się w mężowym laptopie (albowiem przez te delegacyjne ekscesy przed urlopem, zapomniałam zapakować w telefon audiobooków). Na szczęście przypadkowy zbiór jest bardzo przyjemny. Mój wybór padł na Agatkę Christie, jedną z pierwszych jej powieści "Zabójstwo Rogera Ackroyda". Z panem Herkulesem Poirot rzucającymi dyniami (na zdjęciu poniżej w słuchawkach).
Z Agatką poznałam się (nie osobiście oczywiście) bardzo dawno temu, kiedy będąc nastoletnią panienką spędzającą wakacje w sennym ówcześnie Uniejowie, znalazłam kilka zaczytanych tomików jej autorstwa wciśnięte w kąt starodawnej toaletki mojej cioci. W tamtych czasach bowiem, nie wiem zupełnie czemu, nie woziło się książek na wakacje i trzeba było polegać na urokliwych wiejskich biblioteczkach albo dziwnych małych księgarenkach czy kioskach. No i na czasopismach. Poza tym królowała zasada, że szkoda dnia na siedzenie z książką w domu, zasada, która nawet dzisiaj budzi moje wyrzuty sumienia, albowiem od zawsze uwielbiałam ją łamać. Bo tak naprawdę to ja lubię siedzieć w domu z książką. Z kijkami biegam przez rozum.
Wracając do Christie. Teraz już jej nie czytam, co nie zmienia faktu, że jest mistrzynią gatunku (nawet dla niektórej młodzieży). Ma klimat, ma kulturę słowa i nie tylko. Zagadka jest zawsze jak należy, a rozwiązanie zawsze zaskakujące. W przypadku "Zabójstwo Rogera Ackroyda" nie tylko chyba dla mnie, bo dla mnie właściwie każde rozwiązanie jest zagadką, tak bardzo nie umiem dedukować.
O ile do czytania Agatki podchodziłam z pewnością i wiarą w swoje siły, to do dziergania ogoniastego bambusa wręcz przeciwnie. Morze oczek, cienka włóczka (440 metry w stu gramach), druty 3,5 i spore poły. No i niepotrzebnie, bo jak ogólnie wiadomo, jeżeli się zacznie to jest zdecydowanie większa szansa, że się skończy, niż kiedy się nie zacznie. Dobiegam więc do końca korpusu i przede mną "tylko" rękawy. Dzianina jest cudownie lejąca, niewiarygodnie miękka, w ogóle bym jej nie zdjęła z grzbietu po przymiarce - przekonało mnie tylko to, że ma pomarańczowe sznurki w miejsce rękawów oraz druty, szereg markerów i papierowy licznik ze spinaczem w miejsce dolnego brzegu.
W trakcie tego morza oczek prawych napadła mnie koncepcja piórkowego sweterka
Nic dziwnego, że uległam, skoro cała Polska dzierga. Zabrałam zatem włóczkę moherkową zakupioną w czasach, kiedy to na widok każdej oglądanej w internecie pięknej chusty, kupowałam na nią włóczkę. Chust jeszcze wtedy nie umiałam dziergać. Kiedy się nauczyłam, wydziergałam trzy i doszłam do wniosku, że przy największych chęciach nie będę używać ich większej ilości, zatem zaprzestałam produkcji zostając ze sporymi zasobami chuścianych włóczek. A tu jak znalazł - wynaleziono modę na piórkowe sweterki.
Zaczęłam zatem piórkowy z mohairu. Z mohairu na okrągło. Zawsze czuję się wtedy jak dziewairski przedszkolak. Mohair skręca się natychmiast w mało gustowny za to nadzwyczaj włochaty kłąb, czepia się i stawia opór. Trzy razy prułam, dwa razy zrobiłam wstęgę Mobiusa, raz się popłakałam, aż w końcu zmieniłam druty z żyłką na skarpetkowe i wyprowadziłam gada na proste kółko. Potem już poszło szybko, mam już gotowy korpusik, brakuje rękawków, ale z nimi czekam aż się ochłodzi. Korpusik wyszedł trochę szeroki i krótki, poniekąd zgodnie z planem. Mam zamiar nosić go na gołe ciało i nie chciałam, żeby te włoski były przesadnie blisko.
Wygląda, że nie są i wygląda, że nie gryzą. Włóczka Debbie Bliss Angel (chyba czarny, ale wygląda jak grafit). Druty nr 7. Przy okazji wyszło na jaw, że mam cztery pary drutów nr 7 na żyłce, za to ani jednej pary nr 8. Chyba będę musiała coś zaradzić w takiej sytuacji, już chyba nawet wiem w jakim sklepie. I to niezależnie od tego, że czasami moje rozmowy z mężem przebiegają tak:
- Czy mógłbyś mi przynieść robótkę? Jest w kosmetyczce w kropki.
- Ale tu jest kilka kosmetyczek, to którą? - woła z dołu skołowany mąż.
- Tę w kropki!!
- Tę otwartą z drutami?
- Tę w kropki!!!! Zamkniętą w kropki.
- Ale wiesz, w tamtej było strasznie dużo drutów, nie chciałaś tamtej? - nie poddaje się mąż wręczając mi kropki.
- W każdej są druty - mówię spokojnie, wyciągając robótkę. To przecież normalne, że robótka jest właśnie na drutach. I, jak widać, pojęcie strasznie dużo jest pojęciem strasznie względnym
Dziękuję bardzo za wizyty i miłe komentarze, miłego dnia! :)
Spacyfikowany włochaty w prostym wreszcie kółku:
Włochaty w kłębie:
Włochaty na tle nieba:
Moje buty i kijki na słonecznej dróżce:
Łąka przydrożna:
Kwiatki przydrożne:
Kwiatki przy strumyku:
Dziergam od miesiąca ogoniastego z pasiastego bambusa i słucham tego, co niechcący zabrało się w mężowym laptopie (albowiem przez te delegacyjne ekscesy przed urlopem, zapomniałam zapakować w telefon audiobooków). Na szczęście przypadkowy zbiór jest bardzo przyjemny. Mój wybór padł na Agatkę Christie, jedną z pierwszych jej powieści "Zabójstwo Rogera Ackroyda". Z panem Herkulesem Poirot rzucającymi dyniami (na zdjęciu poniżej w słuchawkach).
Z Agatką poznałam się (nie osobiście oczywiście) bardzo dawno temu, kiedy będąc nastoletnią panienką spędzającą wakacje w sennym ówcześnie Uniejowie, znalazłam kilka zaczytanych tomików jej autorstwa wciśnięte w kąt starodawnej toaletki mojej cioci. W tamtych czasach bowiem, nie wiem zupełnie czemu, nie woziło się książek na wakacje i trzeba było polegać na urokliwych wiejskich biblioteczkach albo dziwnych małych księgarenkach czy kioskach. No i na czasopismach. Poza tym królowała zasada, że szkoda dnia na siedzenie z książką w domu, zasada, która nawet dzisiaj budzi moje wyrzuty sumienia, albowiem od zawsze uwielbiałam ją łamać. Bo tak naprawdę to ja lubię siedzieć w domu z książką. Z kijkami biegam przez rozum.
Wracając do Christie. Teraz już jej nie czytam, co nie zmienia faktu, że jest mistrzynią gatunku (nawet dla niektórej młodzieży). Ma klimat, ma kulturę słowa i nie tylko. Zagadka jest zawsze jak należy, a rozwiązanie zawsze zaskakujące. W przypadku "Zabójstwo Rogera Ackroyda" nie tylko chyba dla mnie, bo dla mnie właściwie każde rozwiązanie jest zagadką, tak bardzo nie umiem dedukować.
O ile do czytania Agatki podchodziłam z pewnością i wiarą w swoje siły, to do dziergania ogoniastego bambusa wręcz przeciwnie. Morze oczek, cienka włóczka (440 metry w stu gramach), druty 3,5 i spore poły. No i niepotrzebnie, bo jak ogólnie wiadomo, jeżeli się zacznie to jest zdecydowanie większa szansa, że się skończy, niż kiedy się nie zacznie. Dobiegam więc do końca korpusu i przede mną "tylko" rękawy. Dzianina jest cudownie lejąca, niewiarygodnie miękka, w ogóle bym jej nie zdjęła z grzbietu po przymiarce - przekonało mnie tylko to, że ma pomarańczowe sznurki w miejsce rękawów oraz druty, szereg markerów i papierowy licznik ze spinaczem w miejsce dolnego brzegu.
W trakcie tego morza oczek prawych napadła mnie koncepcja piórkowego sweterka
Nic dziwnego, że uległam, skoro cała Polska dzierga. Zabrałam zatem włóczkę moherkową zakupioną w czasach, kiedy to na widok każdej oglądanej w internecie pięknej chusty, kupowałam na nią włóczkę. Chust jeszcze wtedy nie umiałam dziergać. Kiedy się nauczyłam, wydziergałam trzy i doszłam do wniosku, że przy największych chęciach nie będę używać ich większej ilości, zatem zaprzestałam produkcji zostając ze sporymi zasobami chuścianych włóczek. A tu jak znalazł - wynaleziono modę na piórkowe sweterki.
Zaczęłam zatem piórkowy z mohairu. Z mohairu na okrągło. Zawsze czuję się wtedy jak dziewairski przedszkolak. Mohair skręca się natychmiast w mało gustowny za to nadzwyczaj włochaty kłąb, czepia się i stawia opór. Trzy razy prułam, dwa razy zrobiłam wstęgę Mobiusa, raz się popłakałam, aż w końcu zmieniłam druty z żyłką na skarpetkowe i wyprowadziłam gada na proste kółko. Potem już poszło szybko, mam już gotowy korpusik, brakuje rękawków, ale z nimi czekam aż się ochłodzi. Korpusik wyszedł trochę szeroki i krótki, poniekąd zgodnie z planem. Mam zamiar nosić go na gołe ciało i nie chciałam, żeby te włoski były przesadnie blisko.
Wygląda, że nie są i wygląda, że nie gryzą. Włóczka Debbie Bliss Angel (chyba czarny, ale wygląda jak grafit). Druty nr 7. Przy okazji wyszło na jaw, że mam cztery pary drutów nr 7 na żyłce, za to ani jednej pary nr 8. Chyba będę musiała coś zaradzić w takiej sytuacji, już chyba nawet wiem w jakim sklepie. I to niezależnie od tego, że czasami moje rozmowy z mężem przebiegają tak:
- Czy mógłbyś mi przynieść robótkę? Jest w kosmetyczce w kropki.
- Ale tu jest kilka kosmetyczek, to którą? - woła z dołu skołowany mąż.
- Tę w kropki!!
- Tę otwartą z drutami?
- Tę w kropki!!!! Zamkniętą w kropki.
- Ale wiesz, w tamtej było strasznie dużo drutów, nie chciałaś tamtej? - nie poddaje się mąż wręczając mi kropki.
- W każdej są druty - mówię spokojnie, wyciągając robótkę. To przecież normalne, że robótka jest właśnie na drutach. I, jak widać, pojęcie strasznie dużo jest pojęciem strasznie względnym
Dziękuję bardzo za wizyty i miłe komentarze, miłego dnia! :)
Spacyfikowany włochaty w prostym wreszcie kółku:
Włochaty w kłębie:
Włochaty na tle nieba:
Samo niebo (uwielbiam tutejsze chmury):
Moje buty i kijki na słonecznej dróżce:
Łąka przydrożna:
Kwiatki przydrożne:
Kwiatki przy strumyku:
środa, 8 czerwca 2016
Tam i z powrotem.
Byłam daleko, ale wróciłam. Najpierw jechałam szybką drogą na zachód.
Nie ma tu ograniczenia prędkości i można pędzić ile się chce, ale jak widać jest też czas na podziwianie okolicznej zieleni, zawieranie znajomości czy wyprowadzanie piesków.
Ja oczywiście sztrykowałam bambusowy sweterek i w tym gigantycznym, kilkugodzinnym korku przybyło go z trzy centymetry.
W podróży bardzo przydatny jest wynaleziony przez dobrą duszę internetową liczniczek:
Mało waży i jest zawsze pod ręką - można też na nim zapisać kluczowe momenty wzoru - na przykład ażurki. Spinaczem zaznaczam nieparzyste rzędy, w parzyste ustawiam spinacz pomiędzy. Bambus jest cienką nitką i na markery najlepsze są moteczki HiyaHiya - nie haczą i nie powodują drabinek (luźnych oczek).
Kiedy już przyjechałam na miejsce, czyli na sam zachód prawie, musiałam chodzić po stromej drabinie
i mogłam służbowo podziwiać śliczne końcówki oczkowe w kolorowych tulejkach:
Nikt tam ludzkiej mowy nie zna, mówili więc do mnie najczęściej w nieludzkiej (której to nauczałam się jedynie z Czterech pancernych i Klossa) - głośno i powoli, co w pewnym stopniu ułatwiało zrozumienie, ale w bardzo nieznacznym.
Potem zapakowałam walizki z służbowymi żakietami, butami ochronnymi i dokumentacją, i ruszyłam z powrotem na wschód. Raźno przejechałam ponad tysiąc kilometrów (znowu dziergałam bambusowy sweterek) o trzeciej nad ranem padłam w domowe łóżko, zdrzemnęłam się trzy godziny, złapałam nowe walizki pilnie uważając, żeby nie zabrać żakietów i ruszyłam na urlop. I jestem znowu w sielskiej dolinie (a właściwie dwóch dolinach, chociaż nie zgłębiłam jeszcze czemu dwóch), ptaszki śpiewają, obłoczki się wdzięczą na biało z niebieskiego nieba, krowy podzwaniają dzwonkami u szyi, a potok szumi jak zwykle.
Czytam i dziergam (bo to środa z Maknetą) oczywiście.
Sweterka powoli ale przybywa w ślicznych rządkach z ażurkami gdzieniegdzie
Jest typu ogoniastego, przody można upiąć na górze albo puścić luźno, wtedy zwieszają się malowniczo. Już go lubię:
W dotyku jest nadzwyczajnie milusi (jak to bambus). Tak samo milusi jest Adam Wajrak (w czytaniu oczywiście). "To zwierzę mnie bierze" to chyba zbiór felietonów z GW - forma lekka, krótka i przyjemna. Można się dowiedzieć, dlaczego komandosi malują sobie paski pod oczami, dlaczego Anglicy zachwycali się w Polsce wiewiórką, dlaczego grzyby chodzą po pniu (wtedy to nie są grzyby, ale zapomniałam co), dlaczego żubry z puszczy są do siebie podobne.
Napisane z czułością i z pasją - to zawsze jest dobre dla ducha.
O ducha staram się dbać zabierając go na zdrowe wycieczki, kolorując kolorowanki i karmiąc zdrowym jedzeniem (bo duch jedzeniem też nie gardzi).
Hy, mała wycieczka do Google i już wiem, że to dziki czarny bez. Jest prześliczny.
Żywica w słońcu, aż chciałoby się dotknąć (ale nie dotykam, bo strasznie się lepi)
Urlopowy ogródek
Mała katastrofa pewnego jajka drozda śpiewaka (znowu Google)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego dnia!! :))
Nie ma tu ograniczenia prędkości i można pędzić ile się chce, ale jak widać jest też czas na podziwianie okolicznej zieleni, zawieranie znajomości czy wyprowadzanie piesków.
Ja oczywiście sztrykowałam bambusowy sweterek i w tym gigantycznym, kilkugodzinnym korku przybyło go z trzy centymetry.
W podróży bardzo przydatny jest wynaleziony przez dobrą duszę internetową liczniczek:
Mało waży i jest zawsze pod ręką - można też na nim zapisać kluczowe momenty wzoru - na przykład ażurki. Spinaczem zaznaczam nieparzyste rzędy, w parzyste ustawiam spinacz pomiędzy. Bambus jest cienką nitką i na markery najlepsze są moteczki HiyaHiya - nie haczą i nie powodują drabinek (luźnych oczek).
Kiedy już przyjechałam na miejsce, czyli na sam zachód prawie, musiałam chodzić po stromej drabinie
i mogłam służbowo podziwiać śliczne końcówki oczkowe w kolorowych tulejkach:
Nikt tam ludzkiej mowy nie zna, mówili więc do mnie najczęściej w nieludzkiej (której to nauczałam się jedynie z Czterech pancernych i Klossa) - głośno i powoli, co w pewnym stopniu ułatwiało zrozumienie, ale w bardzo nieznacznym.
Potem zapakowałam walizki z służbowymi żakietami, butami ochronnymi i dokumentacją, i ruszyłam z powrotem na wschód. Raźno przejechałam ponad tysiąc kilometrów (znowu dziergałam bambusowy sweterek) o trzeciej nad ranem padłam w domowe łóżko, zdrzemnęłam się trzy godziny, złapałam nowe walizki pilnie uważając, żeby nie zabrać żakietów i ruszyłam na urlop. I jestem znowu w sielskiej dolinie (a właściwie dwóch dolinach, chociaż nie zgłębiłam jeszcze czemu dwóch), ptaszki śpiewają, obłoczki się wdzięczą na biało z niebieskiego nieba, krowy podzwaniają dzwonkami u szyi, a potok szumi jak zwykle.
Czytam i dziergam (bo to środa z Maknetą) oczywiście.
Sweterka powoli ale przybywa w ślicznych rządkach z ażurkami gdzieniegdzie
Jest typu ogoniastego, przody można upiąć na górze albo puścić luźno, wtedy zwieszają się malowniczo. Już go lubię:
W dotyku jest nadzwyczajnie milusi (jak to bambus). Tak samo milusi jest Adam Wajrak (w czytaniu oczywiście). "To zwierzę mnie bierze" to chyba zbiór felietonów z GW - forma lekka, krótka i przyjemna. Można się dowiedzieć, dlaczego komandosi malują sobie paski pod oczami, dlaczego Anglicy zachwycali się w Polsce wiewiórką, dlaczego grzyby chodzą po pniu (wtedy to nie są grzyby, ale zapomniałam co), dlaczego żubry z puszczy są do siebie podobne.
Napisane z czułością i z pasją - to zawsze jest dobre dla ducha.
O ducha staram się dbać zabierając go na zdrowe wycieczki, kolorując kolorowanki i karmiąc zdrowym jedzeniem (bo duch jedzeniem też nie gardzi).
Hy, mała wycieczka do Google i już wiem, że to dziki czarny bez. Jest prześliczny.
Żywica w słońcu, aż chciałoby się dotknąć (ale nie dotykam, bo strasznie się lepi)
Urlopowy ogródek
Mała katastrofa pewnego jajka drozda śpiewaka (znowu Google)
I już kwatera główna:
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































