wtorek, 31 stycznia 2023

Rozmach renesansowy w hobby i nie tylko

 


Ten, by użyć słów Graftona, "linoskoczek autokreacji" walczył z demonami depresji. Mówił, że wiosna i jesień wpędzają go w melancholię, gdyż patrząc na obfitość kwiatów i owoców, czuje, jak mało stworzył w życiu. "Battista - zwracał się do siebie - teraz twoja kolej obiecać ludzkości jakieś owoce". Również Leonarda prześladowało poczucie niespełnienia, będące negatywną stroną renesansowej ekspansywności. Jeśli możliwości jest nieskończenie wiele, ich spełnienie może być co najwyżej cząstkowe."

Leonardo da Vinci Lot wyobraźni, Charles Nicholl

Współcześnie rolę renesansu w dziedzinie ekspansywności spełnia doskonale Internet i też można się przygnębić nawet nie będąc Leonardem, że jest tyle możliwości a czasu cały czas jest tyle samo a nawet jakby mniej. Pierwsze dwa miesiące mojej wolności od etatu spędziłam w lekkim nadmiarze planów i chęci oraz zainteresowań. 


  A potem przemyślałam wszystko i ustaliłam, że nie muszę przerobić kilometrów moich włóczek w tydzień, nie muszę spruć nienoszonych swetrów i zrobić z nich noszone w drugi tydzień, nie muszę od razu wyhaftować trzech obrazków (taaak, bardzo nabrałam chęci na haft krzyżykowy po tym jak przywiozłam kilkanaście haftowanych poduszek z mieszkania po teściowej, no i moje babcia ze strony taty pięknie haftowała), które dostałam pod choinkę, nie muszę zrobić w minutę albumu fotograficznego i nie przeczytam wszystkich swoich nieprzeczytanych książek w miesiąc.

Wzięłam głęboki oddech, pocieszyłam się, że nie jestem Leonardem, cała ludzkość na mnie nie czeka i mogę sobie uprawiać swoje liczne hobby powoli, przyjemnie i niespiesznie. Postanowiłam też do gatunku hobby wliczyć gotowanie smacznych, oryginalnych i pożywnych obiadów (skoro jestem uwolniona od etatu), ale na razie się to nie udało i dalej je gotuję z niechęcią. Pooddychawszy głęboko,  pocieszywszy się i zmotywowawszy, wyszłam ze stuporu i melancholii. W pierwszym kroku skończyłam legginsy. Moja babcia ze strony mamy na widok mało porywających wełnianych reform albo peerelowskiego paltota zawsze mówiła - najważniejsze, że ciepłe. Tak jakoś mi się to skojarzyło, kiedy spojrzałam na moje świeżo wydziergane milionami oczek legginsy:


 Zestaw kolorów jest nieco ponury, włóczka bardzo gryząca, ale legginsy są naprawdę ciepłe, a spod sukienki wystaje mi tylko część bordowa, która nie jest najgorsza. Na pocieszenie przyszyłam sobie guzik dla zorientowania przodu (wiadomo, że najgorzej zawsze odróżnić przód od tyłu)


i wciągnęłam gumkę. Legginsy są mniej więcej na temperaturę poniżej 10 stopni Celsjusza, ale i tak chodzą mi po głowie kolejne, może z bardziej wyrafinowanej wełny i w warkocze, Nadmiar nadmiarem, ale nie ma co we wszystkim się ograniczać. Zaraz po przyszyciu guzika, zaczęłam planować morze malutkich skarpetek i wyrafinowanych sweterków i wtedy nagle okazało się, że wnuczka wyrosła ze swojego kocyka. Powstało zapotrzebowanie na nowe kocyki - tym razem prawie pełnowymiarowe i dwa, bo przecież jest wnuczka i wnuczek. Ucieszyłam się, że wreszcie może uda mi się wyrobić wszystkie zapasy Merino


którego od kilka lat w ogóle nie ubywa, mimo że zrobiłam z niego kocyk w warkocze, koc w kwiatki, sweter w cegiełki i pięć czapek. Trudno przewidzieć na tym etapie, mam dopiero 30 centymetrów pierwszego, robię wzorem tkanym, który jest bardzo włóczkożerny, więc nie wiem, liczę się z koniecznością dokupienia kolorów. Naprawdę, nie wiem co to Merino w sobie ma - jakieś tajemne moce pączkowania chyba.


Na zdjęciu widać drut z zestawu Mindful, co się wiąże z moim przejściem na emeryturę, otóż bowiem miałam takie szczęście, że zostałam obdarowana zarówno od kolegów i koleżanek jak i osobno od zarządu. Zarząd w swojej dobroci obdarował mnie kuponami na książki oraz hojną premią. No i pomyślałam sobie, że warto właściwie zamiast trzymać premię na kupce kupić sobie coś, co będzie miłe i wdzięczne. No i pomyślałam, że nie mam zestawu drutów, bo nigdy nie ośmieliłam się wydać tylu pieniędzy naraz na hobby. Oczywiście, jak to z takimi oszczędnościami bywa, są one złudne, bo i tak wydałam dużo więcej na pojedyncze druty niż gdybym na początku drogi dziewiarskiej zacisnęła zęby, przebolała duży wydatek i kupiła zestaw. No i jak nie teraz to kiedy. Nasłuchałam się zachwytów nad obrotowymi żyłkami, nad schludnym przechowywaniem, nad wygodą, więc zamknęłam oczy i podjęłam decyzję. Kupiłam dwa zestawy, bo jak prezent od zarządu, to nie ma co skąpić. 


Dorzuciłam też automatyczną miarkę (czyli centymetr krawiecki) i naprawdę, warto było - ile zaoszczędzę godzin unikając żmudnego zwijania to trudno sobie nawet wyobrazić. 

Do zestawu dołączone są milusie gadżeciki, w tym nożyczki idealne na podróż, bo składane


Powiem tak - rzeczywiście obrotowe żyłki to rewelacja. Wymiana drutów bajecznie prosta, już nie muszę grzebać za każdą zmianą rozmiaru w moim kłębowisku. Kłębowisko miałam niby uporządkowane i zorganizowane, ale uniknąć rozplątywania się nie udało do końca. Zestaw króciutkich drutów kupiłam głównie ze względu na etui, bo moje króciutkie tam się zmieściły też (na zdjęciu widać jeden z czerwoną żyłką). I kiedy tak patrzyłam na te zestawy i patrzyłam, to pomyślałam, że będę jeszcze korzystać ze starych swoich drutów, które też fajne są i drewniane niektóre, a niektóre kolorowe i są do czapek i do rękawów, ale że już nie chcę wyplątywać ich ze spinek i wydłubywać z plastikowych etui. 




Jak pomyślałam, tak zrobiłam, chciałoby się napisać, ale na razie tylko pomyślałam. Uszyję sobie etui. Trochę mi zajęło rozpracowanie systemu jaki byłby najwygodniejszy i doszłam do wniosku, że dla każdy rozmiar drutów będzie osobne etui (proste w konstrukcja, bo ja nie jestem wybitna w szyciu), zrobiłam na razie prototyp i o postępach będę relacjonować w następnych odcinkach. 
Tymczasem zrobiłam porządek w drutach skarpetkowych, które przechowywałam w materiałowym organizerze (kupionym dawno dawno temu), ale w którym miałam zawsze bałagan. Bałagan oczywiście tworzył się nie sam ale z nadmiaru i z nieopisania. Jednak opisy w porządkowaniu to rzecz kluczowa.
Nadmiar zlikwidowałam przez przeniesienie grubszych rozmiarów drutów do planowanego etui sarpetkowego (tym razem niekupnego ale własnoręcznie uszytego), a opisy na razie zrealizowałam prowizoryczne. Docelowo mają być haftowane, bo w sumie, jak już zrobię dwa kocyki, milion skarpetek, wyrafinowane sweterki, trzy haftowane obrazki, to mogę wyhaftować opisy do etui. Uff...



Oamtako i pomyśleć, że moja babcia ze strony mamy, która mnie nauczyła robić na drutach odróżniała tylko druty grube i cienkie. I miała chyba trzy pary. I długo, długo ja też funkcjonowałam w takim świecie. Nie wiedziałam, że są druty drewniane, bambusowe, metalowe, na żyłce 80cm, 100cm, duty 3,5mm duty 3,75mm, plastikowe, okrągłe i trójkątne. A także druty Yoga. Tak, zdecydowanie mamy obecnie kolejny renesans i dużo, dużo, dużo możliwości. 

A Leonardo? A właściwie jego biografia? Niestety, nie podobała mi się i to nie dlatego, że nie miała obrazków - popatrzyłam sobie na nie w Internecie, bo Internet to nie tylko zło samo, zalety też ma. Napisana moim zdaniem bardzo chaotycznie, wiele razy autor się powtarzał, co budziło zamęt, tym bardziej, że podał do wiadomości wielkie mnóstwo domysłów, co też budziło zamęt, nieraz wolałbym nawet żeby coś zmyślił, jak Stone w "Udręce i ekstazie". Bo o Leonardzie wielu rzeczy nie wiemy, to ironia w sumie, że zachował się spis ile miał garnków i patelni, jakie miał książki a nie zachowała się informacja kogo przedstawia Mona Lisa. Książkę więc przeczytałam z trudem i powoli (zajęło mi to ponad trzy tygodnie) i pomyślałam sobie, że w sumie szkoda, że zajmował się tyloma rzeczami, projektował kurki w łazience księżnej, ozdabiał zegary w klasztorach, projektował miasta idealne i idealne klatki schodowe, wielu rzeczy nie skończył, ale że był genialny, to skończyli za niego inni - na przykład nie tak dawno skończyli konia, którego Leonardo miał odlać z brązu. Szkoda też, że obrazy tak bardzo niszczeją i w sumie nie wiadomo już jak wyglądały one naprawdę. Nam pozostały tylko prześwitujące przez brudne werniksy cienie. 
No ale, zajmował się tym, co mu sprawiało przyjemność czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Lot wyobraźni zakładałam zakładką średniowieczną i wyobrażałam sobie, że to Leonardo jedzie ze swoimi książkami z Florencji do Mediolanu. 

 

piątek, 13 stycznia 2023

Szpony nałogów i katalogowania

 


"Miałem wszystko. Ale wszystko było ułudą. Nie było sposobu, żeby rozwiązać mój problem. Dopiero po wielu latach zacząłem powoli rozumieć, gdzie szukać rozwiązania. Proszę, nie zrozumcie mnie źle. To wszystko - Julia, wymarzony dom, milion dolarów tygodniowo - było wspaniałe i zawsze będę za to wdzięczny. Jestem jednym z największych farciarzy na świecie. I najlepiej na świecie się bawiłem.

Ale to nie była odpowiedź. Czy gdybym miał zrobić to jeszcze raz, znów poszedłbym na przesłuchanie do Przyjaciół? No pewnie, że tak. Czy znowu bym pił? No pewnie, że tak."

Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz, Matthew Perry

Kiedy weszłam do księgarni (po prezenty dla wnucząt), Matthew spojrzał na mnie od samego progu. Wiedziałam, że muszę go mieć, no i mam. Książka raczej dla fanów, czyli jak najbardziej dla mnie. Przyjaciół oglądam średnio raz na dwa lata (wszystkie dziesięć sezonów) i zawsze na koniec płaczę i zawsze żałuję, że to koniec i tylko resztki zdrowego rozsądku powstrzymują mnie od puszczenia tego serialu od początku. Moją ulubioną postacią jest Chandler grany przez Matthew Perry,ego, więc przeczytałam jego książkę ze ściśniętym sercem. To takie smutne, że tak bardzo nie można komuś pomóc. Niczym. Przyjaźnią, miłością, uwielbieniem, sławą, powodzeniem, pieniędzmi. Każdy sam osobiście musi się pozbierać i w sobie znaleźć siły, żeby przetrwać. Tu mamy historię walki z ekstremalnie Straszną Rzeczą, ale w sumie na co dzień też walczymy z różnymi lękami, smutkami i smuteczkami. Książka dla fanów albo dla kogoś, kto jest ciekawy historii jednego cierpienia. 

Tymczasem siedzę sobie na emeryturze, spadł śnieg i się roztopił, było wielkie sprzątanie, wielkie gotowanie i wielkie zakupy. Wszystkie zakupy w ramach prezentów, więc mój bezzakupowy słoik trzyma się dzielnie i pęcznieje, podobnie jak moje biblioteczne półeczki. 


   Kubeczek dostałam od koleżanek i kolegów z pracy na nową emerytalną drogę życia. I w ogóle musieli mnie lubić, bo dostałam też płytę i to był ogromny szok i zaskoczenie.


Dimash (mój idol) wydał tylko jedną płytę i trzeba ją sprowadzić z Chin, więc nie kupuje się jej tak łatwo, jak wszystko inne w dzisiejszych czasach (poza przejściowymi trudnościami z cukrem). Zatem moje emerytura przebiega miło i przy cudnych dźwiękach. 

Robię oczywiście na drutach i są to w dalszym ciągu getry, na szczęście koniec drugiej nogawki. W przerwach zrobiłam też dwie czapki z owcami. 





Do drugiej używałam ślicznych markerów z cyframi na sobie, owce miałam więc ponumerowane co znacznie ułatwiało mi wyrabianie wzoru. Markery nie dość że pożyteczne to jeszcze naprawdę prześliczne w wyglądzie i w dotyku. 


Markery oficjalnie dostałam w prezencie gwiazdkowym. Dostałam też wspólnie z mężem Scrabble, którym mamy zamiar odnawiać zaniknięte połączenia neuronowe w mózgu. 

Poza czytaniem, dzierganiem i przymuszaniem się do spacerów (spacerować lubię, najgorzej nie lubię zebrać się i wyjść z domu), wpadłam w manię katalogowania. I pomyślałam sobie, że gdyby moja praca zawodowa polegała na katalogowaniu, to siłą musieliby mnie wyciągać na emeryturę albo od razu do Domu Spokojnej Starości. Na szczęście nie polegała, więc teraz mogę sobie katalogować bez granic. Kataloguję książki (znalazłam śliczną aplikację, wiadomo, w dzisiejszych czasach musi być aplikacja)

Aplikacja sczytuje kod ISBN, każda książka może mieć okładkę, liczbę stron i czy jest przeczytana. Na razie skatalogowałam dwie półki, bo kataloguję też włóczki. Na stronie Ravelry - super strona dla dziergających i bardzo uczynna - jak przeglądam wzór na sweter to podpowiada mi z jakich włóczek ze swoich zapasów mogę go zrobić. Skatalogowałam na razie dwa pudełka włóczek, bo kataloguję też zdjęcia i robię album z objaśnieniami dla potomnych. 


I tak sobie myślę, czy można żyć bez katalogowania - pewnie można, ale o ile mniej przyjemnie. 
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!




czwartek, 1 grudnia 2022

Getry znienacka

 


"Stoorworm w śmiertelnych konwulsjach wznosił kilkakrotnie łeb wysoko ku niebu, by następnie opuszczać go z olbrzymim hukiem, wywołując potężne trzęsienia ziemi. Za każdym razem z jego pyska wylatywał ząb. Pierwszy uformował Orkady, drugi Szetlandy, a ostatni - Wyspy Owcze."

Farerskie kadry, Maciej Brencz

Wersja geologiczna wydarzeń nieco się różni od tradycyjnej, bo nie wspomina potworach morskich ale o wulkanicznych erupcjach, jest też mnie ekscytująca. Ebooka o Wyspach owczych dostałam na urodziny, przeczytałam szybko i z zaciekawieniem, bo mało o tym regionie wiedziałam. No dobrze, nic nie wiedziałam praktycznie, nawet że formalnie należy do Danii. Książkę czyta się szybko, bo też nie jest przesadnie obszerna, może nawet pozostaje pewien niedosyt. Jest trochę historii, trochę kulinariów, trochę obyczajów. I, jak dla mnie, bardzo mało o owcach.

"Rozbrykane małolaty, każdy noszący wełnę w innym kolorze, skaczą radośnie po łąkach i skałach. Farerowie rozróżniają trzysta kombinacji umaszczenia owiec, każde określając odrębną nazwą. Eyglittur to owca z czarnymi plamami wokół oczu, a snadlittur taka z białym paskiem wzdłuż głowy. Do rzadkości należą owce z białym zadkiem (far. rumpuhvitur)"

Farerskie kadry, Maciej Brencz

A wiadomo, o owcach bym chciała najwięcej. Na pocieszenie zrobiłam sobie skarpetki z wełny owczej.




Piętę mają robioną później z żywych oczek zostawionych na nitce zapasowej. Stopy trzymają się dobrze, spałam w nich kilka razy i wytrzymały do rana. Trochę jednak wydaje mi się ta pięta spiczasta. 
A potem poszłam na spacer i okazało się, że nastąpił pierwszy atak zimy. 



I wtedy oddałam się refleksji połączonej ze wspomnieniem. Otóż kiedy mnie więcej dziesięć lat temu zaczęłam ponownie robić na drutach, bezpośrednim powodem tego powrotu był szalik grubym ściegiem. I taki sobie zrobiłam pół z wełny pół z akrylu. W miarę przekopywania się przez internetowe doświadczenia, przestałam robić z akrylu i nawróciłam się na wszystko naturalne. (Nie wszystko co naturalne jest oczywiście dobre, ale to już inna historia). Wyeliminowałam akrylowe swetry, akrylowe czapki, poliestrowe bluzki. Jedyne co zostało mi sztucznego, to rajstopy i getry. No ale kto w obecnych czasach robiłby rajstopy ręcznie czy getry na przykład. Jeszcze prawie pamiętałam ten zachwyt nylonami, kiedy będąc małą dziewczynką nie miałam innej opcji jak helanko i opadające wełniane rajtuzy. Robienie tych części garderoby nie wchodziło więc zupełnie w grę. No, tak myślałam, aż zobaczyłam Petrę z podcastu Knit Ink (mniej więcej w moim wieku i mojej postury) w wełnianych getrach. No i ten obrazek plus podwiewająca śniegiem i mrozem niespodziewana zima spowodowała, że robię getry. Rzuciłam się na wzór zaraz po przyjściu ze spaceru. Od razu miałam w głowie Fabel Dropsa, szybko obliczyłam, że cztery motki granatowe będą w sam raz, nabrałam oczka i w natchnieniu robiłam getry całą sobotę. Wyrobiłam cały motek, a na drutach miałam wąski paseczek. Już dawno zauważyłam, że matematyka w dziewiarstwie sprowadza mnie na manowce. Jakbym nigdy latami nie wkuwała o równaniach trzeciego stopnia, całkach, macierzach, różniczkach i liczbach zespolonych. Nie. Potrzeba było całego dnia dziergania i dwóch kalkulatorów, żebym metodą żmudnych obliczeń stwierdziła, że pół kilograma wełny na getry przy wykorzystaniu 50 gramowych motków daje wynik dziesięciu motków. No tak, 500 gramów podzielić na 50 to dziesięć. Teraz to widzę nawet bez kalkulatora. Na szczęście w swojej górze zapasów mam jeszcze bordową wełnę Fabel. Getry więc będą w swojej ukrytej części granatowo niebieskie a nogawki będą miały bordowe. Nie wiem tylko czy odważę się zrobić w nich sesję. Na razie zapowiadają się na jeden z moich największych ubraniowych hitów. 


 Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy - swetrów mam lekki nadmiar. Chust i szalików, czapek i skarpetek też. A getry są na razie jedne jedyne. Mam tylko nadzieję, że wyrobię się jeszcze przed wiosną. Druty są numer dwa, więc szybko nie idzie. 

Od wtorku za to jestem na emeryturze, czasu jakby więcej, co mnie napawa nadzieją. Siedzę więc w swojej wysprzątanej i zazielenionej pracowni,


patrzę na niepochowane nitki w kwiatowym kocu i myślę, żeby zdążyć przed wiosną, czego i Wam życzę. :)

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 6 listopada 2022

Tam albo tam

 Zaraz ze szczytów Idy poszła na Olimp wysoki

Szybko, jak ktoś z wyobraźnią, który w swoich pragnieniach

w myślach wędruje po wielu krajach, kiedy zamarzy:

„chcę być tam albo tam”; a takich pomysłów ma wiele.

Iliada, Homer


Kiedy robiłam mitenki, chciałam już zacząć chustę. Kiedy uwięzłam w chuście na wiele tygodni, chciałam już robić skarpetki. Kiedy zaczęłam trzecią skarpetkę (mąż twierdzi, że robię ją już od miesiąca, ale nie, od dwóch tygodni dopiero, bo jest trzecia, ma warkocze i druty 2,5mm), bardzo chciałabym zacząć prześliczny sweter. Kiedy będę robić sweter (ale najpierw chyba czapkę w owce), będę znowu marzyć o takiej szufladzie pełnej cudnych kolorowych skarpetek. Tak, pomysłów mam wiele. 

Na razie robię trzecią czyli drugą skarpetkę w warkocze od palców. Pięta jest zapobiegliwa, czyli po angielsku forethought heel. Polega na zrobieniu tuby, pietę wiesza się na nitce zapasowej a potem robi w okrążeniach odejmując oczka. Skarpetkę przymierzyłam, siedzi dobrze, najlepiej byłoby się w niej przespać, żeby zobaczyć czy nie zsuwa się samowolnie. Metody nie lubię za bardzo, bo po zawieszeniu pięty nie można przymierzać przez długi czas, więc nie wiadomo jak rozmiar. Wygodna jest natomiast o tyle, że łatwo obsadzić na niej jakiś śliczny wzorek, bo jest prostą tubą. Zwiększenie rozmiaru drutów zadziałało, materiał jest o wiele bardziej milszy i o wiele mniej sznurkowaty.

No ale tak bardzo już bym chciała jakiś lekki, efektowny, mechaty sweter. Póki co siedzę w Iliadzie. A tak bym chciała czytać już coś na zimę, może Samotnię Dickensa - przy nim dobrze zrobić sobie herbaty i zapalić świeczkę, kiedy za oknem mży i mgła. Albo może coś nie tak grubego a lekkiego. Może Jeżycjadę, bo tam śpią w nakrochmalonej pościeli i ciągle czytają. Tak, pomysłów mam wiele. Na razie jednak czytam Iliadę - Hektor raz atakuje, raz ucieka, daleko wokół rozlega się szczęk broni, krzyk, wszędzie jest kurz, krew i pot. Ech, te nasze wieczne walki, wojny i sprzeczki. Najbardziej lubię jak pomiędzy tego szczęku przeziera Homer prywatny, tak lubię o nim myśleć, że jest wtedy prywatny, bo musiał to widzieć na własne oczy - jak muchy latają nad wiadrami pełnymi mleka, jak wyprzęgają woły, jak dziecko na plaży wznosi budowle z piasku a potem je burzy. I jak ta mała dziewczynka płacze, biegnie przy matce "i prosi by wziąć ją na ręce, szaty się chwyta i nie pozwala jej kroku przyspieszyć".

Więc chociaż chciałabym tak i tam, to jednak tu i teraz jest fajnie, a pomysły w końcu się spełnią, czego sobie i wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!  

poniedziałek, 31 października 2022

Kolorowe pomieszanie

 "- Mogę zamiast tego kwiatka dostać niebieski? - zapytała Madeline.

- Nie - odpowiedziała nauczycielka. - Kolor niebieski jest dla chłopczyków, a różowy dla dziewczynek."

Lekcje chemii, Bonnie Garmus


 Nie biegaj jak baba - mówił mi tata, więc nie biegałam i zawsze ścigałam się z chłopakami. Nie cierpiałam mojej chłopięcej fryzury i lubiłam różowy z falbankami, bo jednak jestem babą. 

I tak zostałam pomieszana. Długo trwało zanim doszłam do wniosku, że ściganie się z chłopakami nie ma sensu - od dawna pracowałam już jako elektryk. I mimo tego, że od dawna panuje równouprawnienie, nie było łatwo. W tego rodzaju typowo męskiej branży kobieta musi udowodnić, że jest dobra, natomiast mężczyzna wręcz przeciwnie - musi udowodnić, że jest do niczego. 

Oczywiście nie miałam tak dramatycznych przejść jak Elizabeth Zott, bohaterka "Lekcji chemii", ale musiałam walczyć z własnym szefem o pracę, na stażu w warsztacie dostałam pracę, która miała mnie doprowadzić do płaczu (po wielu latach przyznał się do tego mój monter i jak duże wrażenie na nich zrobił fakt, że się nie popłakałam). Ile razy zostałam wzięta za sekretarkę to nawet szkoda gadać. To mnie nawet przestało irytować, odkąd sama wzięłam panią na stanowisku technicznym za sekretarkę. Zresztą słusznie poniekąd, bo pani okazała się w bliższej rozmowie nie mechanikiem ale filologiem klasycznym. Zrozumiałam, że nie ma w tym nic złego, gorzej, jeżeli pan już wie, że rozmawia z kobietą elektrykiem a koniecznie chce z panem. No, może to niezbyt elegancko, ale uświadomienie takiemu panu, że nie jest zbyt bystry w branży sprawiało mi niecną przyjemność. 

"Teraz rozrywam wewnętrzne wiązania cząsteczek jajek, aby wydłużyć łańcuch aminokwasów - opowiadała mu, ubijając jajka trzepaczką - co pozwoli uwolnionym atomom powiązać się z innymi podobnie uwolnionymi atomami. Następnie zrekonstruuję tę mieszaninę jako luźną całość i wyłożę ją na powierzchnię stopu żelaza z węglem, gdzie poddam ją precyzyjnej obróbce cieplnej, nieustannie poruszając mieszaniną aż do osiągnięcia przez nią stanu bliskiego koagulacji."

Lekcje chemii, Bonnie Garmus

Jak dobrze, że nic nie trzeba wiedzieć o łańcuchach ani wiązaniach,  żeby gotować, wystarczy przywołać obraz mamy czy babci (albo zajrzeć do Youtuba), bo ja chemii akurat nie znoszę, no ale Elizabeth ją kochała, więc wszystko widziała przez jej pryzmat, nawet skórkę ziemniaka. Lekcje są opowieścią o przedzieraniu się kobiet przez męski świat, który niby w odwrocie, ale wciąż jeszcze w pewnym stopniu jest aktualny, o różnych wydarzeniach dramatycznych, komicznych i zagadkowych, o miłości też jest, o wychowywaniu dzieci i o psie. Celu psiego wątku nie zrozumiałam ale z czasem polubiłam. Książkę czytałam nawet w busie, co jest swoistym wyróżnieniem, bo raczej nie czytam już w drodze do pracy, nie chce mi się wyciągać okularów i wolę pogapić się na zamglone lasy jesienne i krzaczki. Pomyśleć o wełnianych skarpetkach i o tym co się czasem dzieje w głowie, kiedy człowiek nie myśli.

Zrobiłam pierwszą skarpetkę w śliczne warkoczyki - zajęło mi to ponad tydzień. Już po zrobieniu kilku centymetrów wiedziałam, że nie podoba mi się dzianina - była sztywna i zbita, jakbym robiła ze sznurka a nie ze skarpetkowej, ale jednak z wełny. Co się działo w mojej głowie, że robiłam dalej i dalej i dalej, jakby miał się w tym dalej zdarzyć jakiś cud? Nie wiem, cud się oczywiście nie zdarzył, skarpetka pierwsza okazała się być testową do sprucia a teraz robię na grubszych drutach i druga skarpetka, która będzie pierwszą nie przypomina wreszcie blachy. 

Poza niemyśleniem obchodziłam dziś dzień oszczędzania, mój słoik postępu dzielnie się bogaci:


zajęłam się też warzywnymi mieszaninami bo długim jedzeniu tylko chleba z serem białym


No i wracam do swoich Achajów


I tak sobie myślę, że w różowym i niebieskim nie ma nic złego. Dobrze byłoby jednak, żeby każdy mógł sobie wybrać co chce i żeby nie był uważany za gorszego tylko dlatego, że woli różowy. Różowy jest też ważny. Niebieski zresztą tak samo. :)

A za oknem ciepło i mgła. Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! 

niedziela, 23 października 2022

Katedry w skarpetkach

 

"Nie trzeba myśleć w tych kategoriach, czy niepamięć jest losem czy nie jest, trzeba myśleć inaczej, co Bergman właśnie zapisał: ludzie zewsząd znosili kamienie, kiedy budowano katedry, i nie trzeba nic więcej robić, tylko przynieść swój kamyk na jakie miejsce - to bez znaczenia."

Trzy tłumaczki, Krzysztof Umiński

Trzy szkice o trzech tłumaczkach, trochę mi było wszystkiego mało, nabrałam tylko chęci na przeczytanie ich przekładów. Dziennik braci Goncourt czeka już tyle lat na półce (Joanna Guze), może coś Durrella albo Jane Austen (Anna Przedpełska-Trzeciakowska) albo Władcę Pierścieni (Maria Skibniewska) w końcu. Zaraz, gdzie ja mam Dziennik? Chyba w okolicach starożytności, nie wiem czemu, widocznie ustawiałam go w nowym regale na koniec i nie miałam siły wszystkiego przestawiać, więc został. Zaraz, zaraz, a czy Samotnia też tłumaczona przez Przedpełską? Tylko gdzie stoi, chyba za kucharskimi. Dlaczego Czechowa mam obok książek z przepisami? I w dodatku pomieszanego ze starożytnością? Omatko, czyli starożytność mam w dwóch regałach ustawionych przy przeciwległych ścianach! Czemu? Pewnie po remoncie naznosiłam całą w moim mniemaniu starożytność, a za dwa dni znalazłam kolejną i już nie miałam siły wszystkiego przestawiać. O, jaki ładny Pauzaniasz, może by tak go zacząć w końcu? "Trakowie twierdzą, że słowiki, które mają swe gniazda na grobie Orfeusza, śpiewają głośniej i z większą słodyczą niż inne."

Co to ja robię na podłodze z górą powyciąganych książek? Ach tak, piszę bloga. Już naprawdę chciałabym siedzieć w fotelu i pięć godzin dziennie czytać sobie zamiast dziesięć godzin być zajętą pracą elektryczną. Nawet jeżeli jest w miarę sympatyczna. 

Natomiast w kwestii znoszenia kamyków, nikt nie buduje w Zgierzu katedry, więc skończyłam chustę szarą w sowie pióra. 







Chusta jest lekka, bardzo ciepła i bardzo duża, mogę się poowijać swobodnie, najlepiej jednak na czymś śliskim, bo nieco obłazi, Delight tak ma. Robiłam na drutach 3,75. Gdybym kiedyś zaczęła kolejną, to może spróbowałabym na mniejszych, na przykład nr 3. Na razie jednak nie grozi, bo zabrałam się za skarpetkowe nauki. Jestem tuż za palcami, więc dużych przemyśleń nie mam.


 Tylko tyle, że wybrałam sobie śliczny wzór w warkoczyki. Ze skarpetkami mam od dawna problem, bo po co mi śliczne warkoczyki, które i tak na ogół schowane są w butach? No ale, w sumie, kto mi zabroni. Mogę przecież siedzieć sobie na kanapie, skrzyżować stopy w ślicznych skarpetkach i czytać Pauzaniasza. Pięta nie wiem jaka będzie, jeszcze do niej daleko, druty nr 2, wolno się dzieje. 

Poza kamykami mam kolorowo w drodze do pracy oraz słodko, bo październik to miesiąc w urodziny bogaty.







Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 16 października 2022

Pokusa i klopsik

 


"- Czy dużo masz obrazów tam u siebie na górze? - zapytał. 

- Kilka tysięcy - odpowiedział Karlsson. - Sam je maluję w wolnych chwilach. Mnóstwo małych kogucików i ptaszków, i innych ładnych rzeczy. Jestem najlepszym malarzem kogutów i ptaszków. Jestem najlepszym malarzem kogutów i ptaszków na świecie - oświadczył Karlsson, lądując eleganckim łukiem tuż obok Braciszka."

Karlsson z Dachu, Astrid Lindgren

Chyba nigdy żaden bohater literacki nie irytował mnie tak bardzo, jak ten mały tłuściutki Karlsson. Najlepszy we wszystkim, w swoich latach też, objadał grzecznego Braciszka z czekolady, kwaskowatych cukierków i irysków, zostawiał klopsiki na wieży z klocków i doprowadzał maszyny parowe do wybuchu. Zawsze też miał stosowne wyjaśnienia i logiczne acz przewrotne argumenty. Jego skłonność do żarcików zawsze źle kończyła się dla innych, bo przecież nigdy nie dla niego - najlepszego Karlssona na świecie. Tak sobie myślę, że zawsze byłam Braciszkiem, czasem jednak przychodzi pokusa porzucić grzeczne wykańczanie chusty w sowie pióra i poczuć się najlepszym malarzem żakardów. Nawyciągałam więc wełny islandzkiej po sprutych noszonych i nienoszonych czapkach, nabrałam na druty i policzyłam ile mam oczek oraz ile w nich zmieści mi się norweskich wzorów. Nic na razie nie wybuchło, chociaż sweter wygląda niezbyt efektownie. I gryzie, bo to Lopi, wiadomo. No ale cóż, kiedy jest się chwilowo Karlssonem, racjonalne argumenty nie działają. Najwyżej się spruje, trudno. Zwykła rzecz, którą nikt nie powinien się kłopotać, jakby powiedział najlepszy specjalista od maszyn parowych. 

Latem minionym też mnie napadła pokusa, ale już bardziej racjonalna - nabrałam chęci na wydzierganie kremowego topu z bawełny, kupiłam więc wzór (bo ja bez wzoru umiem tylko kiedy czuję się Karlssonem, czyli rzadko) i zrobiłam w trzy tygodnie. Bo to ażur dwustronny był. Wyszło ładnie i niegryząco.


Teraz chodzę sobie kolorową drogą do pracy


zamierzam nauczyć się wyrabiać piękne skarpetki i zgodny z tym zamiarem dostałam prezent urodzinowy


Achajowie walczą resztką sił w obronie okrętów, ale wyjdą z tego cało, czego i sobie i Wam życzę. :)
Karlssona zakładałam oczywiście Karlssonem:

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia! :)