niedziela, 19 lutego 2023

Kolejki i katalogi

 


"Przy łóżku na stoliku leżały dwa luidory, wszystko, co zostało z zarobionych milionów. Pewnego dnia wziął je do ręki, obejrzał i rzekł: Aleksandrze, wszyscy mówili, że byłem rozrzutnikiem, ty sam napisałeś o tym sztukę sztukę. No i proszę. Widzisz, jak nie miano racji? Kiedym wylądował w Paryżu, miałem w kieszeni dwa luidory. Spójrz... wciąż je mam."

Trzej panowie Dumas, André Maurois

Długo czekali na swoją kolejkę ci trzej panowie Dumas, jakoś podskórnie czułam, że będzie trudno, może nudno, może nic nowego. Wpadli w ręce w czasie katalogowania i pomyślałam - czemu nie. Niespodziewanie poczułam się jak w kolejce. W kolejce górskiej. Różnica była tylko taka, że z kolejki górskie chciałoby się czasami wysiąść a nie można, z tej biografii wysiadać się w ogóle nie chciało. Cała reszta była taka sama. Wzloty, upadki, rozmach, piski, śmiechy i tempo, tempo, tempo. 

 André Maurois potrafi pisać porywająco, a Dumas dostarczyli mu tematu (może poza synem, który był najbardziej nijaki, zupełnie jednak jak nie kolejka górska tylko podmiejska raczej, choć z Paryża). 

Generał Dumas (czyli ojciec ojca Dumas) sam jeden mógłby starczyć za trzech muszkieterów łącznie nawet z d'Artagnanem, taki był odważny i waleczny. Ogromne zaskoczenie. Takich zaskoczeń zresztą było tu mnóstwo (dla mnie przynajmniej). Myślałam, że Dumas to francuskie nazwisko, a tu nie, czarnej niewolnicy i to ona przyczyniła się do bujnych loczków w tej rodzinie. Myślałam, że jako generałowi żył dobrze i dostatnio, ale nie, okazało się że Napoleon nie był do końca taki miłościwy dla swoich żołnierzy. A potem już nic nie myślałam, tylko patrzyłam w osłupieniu jak Dumas ojciec z dwoma luidorami przyjeżdża do Paryża i go podbija. Patrzyłam na wirujący korowód jego kochanek i pojawiających się dzieci. I patrzyłam na pojawiające się dziesiątkami sztuki teatralne i powieści. 

Nie napisał ich trzech, ale, niczym francuski Kraszewski, bardzo bardzo dużo. Tak, to prawda, pomagali mu, ale to on dodawał do nich tej ożywczej szczypty geniuszu i to dzięki niemu d'Artagnan dla nas zawsze będzie równie prawdziwy jak Portos, hrabia Monte Christo czy kardynał Richelieu. Bardzo oszałamiająca biografia. 

A kiedy już wyszłam z oszołomienia, napisała do mnie koleżanka, że chce kupić trochę bawełny i nie jest pewna jaki chce kolor. Wyciągnęłam zatem swój Safran, wywaliłam na kanapę i spojrzałam w lekkim oszołomieniu. Przy okazji chciałam zdementować plotki, jakoby publikowane przeze mnie niedawno motki na kocyki dziecięce były całym moim zapasem włóczek. Nie, mimo że zajmowały całą kanapę, to była tylko wełna Merino. A teraz patrzyłam na te motki bawełniane, które kupiłam z zamiarem produkcji (masowej chyba) zabawek, do której nigdy nie doszło. I co ja sobie myślałam wtedy i co ja mam z tego zrobić? 


Oddzieliłam rodzinę zieleni od czerwieni 


i olśniło mnie, że mogę zrobić sweter boxy, o którym marzyłam już od tak dawna, że pewnie niedługo wyjdzie z mody. Boxy jest swetrem wysoce niewygodnym do kurtki, bo ma znaczne nadmiary po bokach i pod pachami, ale na lato, kiedy zdarza się kurtki nie używać, jak najbardziej może być. Wizja tej włóczki w tym wzorze była tak bardzo natrętna, że od razu wrzuciłam ją na druty. 


Zaczęłam przerabiać i nie zraziło mnie nawet przerabianie dookoła dekoltu, chyba już się przyzwyczaiłam i nawet orientuję się gdzie jest co w tym kłębowisku.


W dodatku pojawił się plan na zwariowanie energetyczny sweterek w czerwieniach i różach i z mieniącą się nitką, i cóż z tego, że jestem emerytką, na szczęście moda dla starszych pań jest obecnie znacznie bardziej łaskawa. Kocyki trochę czekają w kolejce. 

Oczywiście nie samymi książkami ani drutami człowiek żyje, żyje też trochę katalogowaniem.





Trochę to dla mnie bolesny proces, bo ja czasami mogę mieć niepozmywane, niezamiecioną podłogę nawet mogę mieć, ale książek w nieładzie nie mogę. Zacisnęłam jednak zęby i kontynuuję, wizualizuję sobie koniec katalogowania i to mnie pociesza. Na razie dobrnęłam do pozycji numer 400 i nie wiem czy daleko jeszcze.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie byłam szczęśliwą emerytką, mój kolega z pracy, który słuchał codziennie moich opowieści o minimalizowaniu, organizowaniu, systemach przechowywania i układania, powiedział, że w moim przypadku ten proces się nigdy nie skończy. Oburzyłam się, no ale nie wiem w sumie. Bo ciągle na horyzoncie pojawia się lepszy i przyjemniejszy system, Tak więc poza czytaniem, dzierganie, katalogowaniem, poza prowadzeniem Notesu kochanej babci, poza gotowaniem i niezamiataniem podłogi, znowu organizuję swoje zakładki.

Cztery lata temu je bardzo dobrze zorganizowałam , utrzymywały się w porządku przez cały ten czas, ale system miał dwie wady - był w plastikowych koszulkach i wymagał nieco trudu przy wyciąganiu i nieco więcej przy odkładaniu zakładki na miejsce. Cztery lata mi zajęło wpadnięcie na to, żeby wyeliminować koszulki i zakładki wsadzić bezpośrednio do grubszego szkicownika. Ja głęboko wierzę, że nadejdzie ten moment, kiedy wszystko będę miała skatalogowane i ułożone idealnie, ale na razie proces trwa. Chwilowo jest tak:


ale wkrótce będzie tak:


Stanowczo za dużo poświęcamy czasu na jedzenie i sen. No i zakupy też. Trudno, a skoro przy zakładkach jestem, to panów Dumas zakładałam panią


z drugiej strony też jest ślicznie


czego sobie i Wam wszystkim życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

czwartek, 9 lutego 2023

Szał w zeszytach, koce i len

 


"Idą po moście, pień taszcząc wielki.

Mięśnie napięte mają i szelki

(z wysiłku mało nie zgubią spodni).

Idą przy świetle smolnych pochodni.

Nienawiść mają w oczach i zębach.

Gdybym tam był - to bym był ich się bał.

Kiedy we wrota łupną taranem,

pewno po Bestii będzie nad ranem..."

Jeremi Przybora małoletnim i stuletnim

Małoletnie wnuczki i ja może nie stuletnie ale na najlepszej drodze no i Przybora, kto by się oparł. Dodatkowo są duże obrazki, są małe obrazki i różne ozdoby ilustracyjne. Przybora opowiada trochę prozą, trochę wierszem (niektóre trudno wymówić - "to bym był ich się bał" ćwiczę od dawna i nie bardzo mi się udaje, ale jaka piękna fraza), trochę śmiesznie, trochę poważnie. I z wyczuciem. Nudziłam się jedynie przy Alicji, no ale ja w ogóle trochę się nudzę przy oryginale, Alicję lubię tylko w cytatach - takie skrótowe opowiadanie nie pomogło. W sumie jednak przyjemnie spędzone dwa dni. Bajek mamy cały przekrój - od Kopciuszka po Królewicza i żebraka, którego nabrałam chęci przeczytać ponownie po pięćdziesięciu trzech (sic!) latach.

Zanim jednak do tego dojdzie, nadal robię kocyki - teraz już dwa.


Podejrzewam bowiem, że po skończeniu różowego dla wnuczki nie miałabym odwagi tak od razu zacząć niebieski dla wnuczka (stereotypowo w kolorach, ale co tam). 

Kocyki robi się długo i na ogół zawsze jest jeszcze daleko do końca, więc dla oddechu złapałam lniane moteczki, które siedziały w pudłach od chyba ośmiu lat. Z tym czasem to ostatnio jakaś katastrofa jest - nie można normalnie odmierzać w tygodniach czy nawet w miesiącach, tylko od razu jest dziesięć albo wręcz pół wieku. A jakby to ładnie było - kupiłam włóczkę miesiąc temu i tydzień temu skończyłam sweter. No trudno, kupiłam włóczkę lnianą osiem lat temu, wzór (w ogóle nie do tej włóczki, tylko do nieokreślonej jakiejś) dwa lata temu i na stronie Ravelry okazało się, że jedno do drugiego pasuje. Lovenote z Bomull Lin Dropsa.

Robię na drutach grubych, więc w miarę szybko by szło, gdyby nie to, że włóczka ma strukturę jak sznurek konopny - bardzo nieprzyjemną. Po praniu trochę zmięknie, więc staram się nie zważać na dyskomfort dziergania. W bluzce używam żyłek bardzo w modzie ostatnio, można kupić zagraniczne (bardzo drogie), ja kupiłam u Lovieczki (bardzo niedrogie)


   Komfort przymierzania z tymi żyłkami jest bardzo wysoki, od razu powiem, że nie udało mi się przeciągnąć jej w dzianinie robionej cienkimi drutami (na przykład dwójkami), ale może nie znam się. W tej bluzce bardzo łatwo przeszło (żyłkę nadziewa się na czubek drutu i wciąga w gąszcz oczek).

Robię więc teraz prawe oczko za prawym, myśli puszczone mam luzem, przychodzą sobie i odchodzą swobodnie i jedna była o organizowaniu. Bo ja tak organizuję i organizuję (mój kolega w pracy twierdził, że to się nigdy nie skończy) i, zastanowiłam się, czy coś już zorganizowałam i czy to ma sens. Okazało się, że tak, zorganizowałam i że miało sens. 

Jedną z pierwszych zorganizowanych rzeczy były papiery bardzo ważne i mniej ważne, które na początku mojej dorosłości składałam na stertę a z czasem na kilka stert. Jakieś dwadzieścia pięć lat temu (a nie mówiłam, jakaś zgroza z tym czasem) wywiozłam wszystkie sterty na letnisko i pół wakacji poświęciłam na segregowanie. Nie było to przesadnie bolesne, siedziałam sobie pod sosną, ptaszki śpiewały, słońce świeciło, wiatr igrał z różnymi świadectwami pracy, podatkami i umowami. Posortowane papiery wsadziłam w segregatory, opisałam i tak trwają do dzisiaj. Oczywiście, co jakiś czas wymagają drobnej interwencji, część mogłam już wyrzucić, wymieniłam im też segregatory (naprawdę ten otworek w grzbiecie jest bardzo wygodny przy wyciąganiu). Czy to miało sens? Miało, bo nie dalej jak dziś rano Czajkomąż niepewnie zapytał, czy dałoby się znaleźć jego receptę na okulary sprzed pięciu lat. No oczywiście i nie jest to kwestia znalezienia, ale wyjęcia z kieszeni teczki o napisie "Medyczne". No, Czajkomąż był pod wrażeniem. 

Od kilku lat też mam samoutrzymujący się porządek w kuchennych szafkach, ale tu zasada była prosta - każdy sprzęt dostał swoje miejsce. Co zresztą dotyczy wszystkiego organizowanego.


Udało mi się też stopniowo, i też trwało to latami, zorganizować moje zeszyty. Ach, zeszyty... 


Mieszkają sobie w zimowej torebce (na to też wpadłam niedawno, wcześniej przechowywałam je w stosiku i wyciągałam, przy czym zasada jest taka, że ten którego się potrzebuje jest zawsze pod spodem)


Zeszyty. Moja ogromna słabość, nie wiem co w tym jest, ale zawsze wielbiłam sklepy papiernicze. Pociągały mnie bardziej nawet od sklepu z cukierkami, a na mojej ulicy, mimo szarego Peerelu był sklep bogato wyposażony w kolorowe bombonierki, pudełka z groszkami oraz zapakowanymi w gustowne prostopadłościany iryski. No i dropsy w rulonach, wiadomo. Landrynki w puszkach i celofanowych torebkach. Ale zeszyty, ołówki, długopisy, notesiki miały w sobie jakąś obietnicę. Chociaż od zawsze nie bardzo miałam co w nich zapisywać. Była moja pierwsza i jedyna powieść; miałam osiem lat a powieść zajęła niecałe dwie strony cienkiego zeszytu, nie była więc przesadnie rozbudowana. Króliczek poszedł do lasu, ale zaraz wrócił. Z przyjaciółką założyłyśmy też encyklopedię, która zakończyła się na kilku hasłach, ponieważ hasło "trawa' i opis "trawa jest zielona" tak nas rozśmieszyło, że dalsza praca była niemożliwa, i pomyśleć, że mogłyśmy zostać nowymi Diderotami. Prowadziłam też latami (ale niezbyt systematycznie) pamiętniki w standardowych, burych, stukartkowych zeszytach. Nie przetrwały do dzisiaj, nic w nich porywającego raczej nie było, może tylko koloryt tamtych lat, ale pewnie niezbyt wyraźny. 

Potem miałam już tylko zeszyt z przepisami kulinarnymi, chciałam zerwać z rodzinną tradycją przechowywania przepisów na milionach karteczek (słyszałam, że ludzie między innymi dzielą się na zeszytowych i kartkowych, nie ma w tym nic złego ani dobrego, ja jestem zdecydowanie zeszytowa). Mój obecny zeszyt (kiedyś o nim chyba wspominałam), to mój czwarty zeszyt i wygląda na to, że już z niego się nie przeprowadzę. Pierwszy (założyłam go 32 lata temu) był okropnie brzydki, chociaż gruby, drugi był kiepskiej jakości, chociaż ręcznie robiony, trzeci był za mało ozdobiony jak na moje potrzeby. Ja lubię jak jest ozdobione, co na to poradzę. Mam to po babci chyba, która też lubiła ozdoby, miała śliczne wycięte kwiatki przyklejone na starych kafelkach i zawsze miała broszkę. Teraz zeszyt kulinarny jest ozdobiony w sam raz i przyjemnie mi się go przegląda nawet kiedy nie szukam przepisów.

Pod wpływem "Biegnącej z wilkami" założyłam sobie dwa zeszyty - jeden do zapisywania przeczytanych książek; zapisywanie książek - koncepcja, która mnie kiedyś (czterdzieści lat temu) bardzo śmieszyła, bo jak można nie pamiętać tego, co się przeczytało? Okazało się że jak najbardziej można. Zaczęłam w zwykłym zeszyciku jak niegdysiejsze zeszyty do słówek (kto pamięta te małe zeszyty do słówek? Nigdy nie używałam ich do słówek, ale miałam zawsze bo były takie słodkie w formacie - z wyglądu brzydkie oczywiście), i po latach przeprowadziłam się do luksusowego notesu z Muchą (Alfonsem) na okładce i w którym zapisuję przeczytane książki nieprzerwanie od 2004 roku (nie do wiary!). Czy jest przydatny? Trochę tak, a trochę nie. Ale nie zajmuje to w ogóle czasu (pomijając to przepisanie), więc nie rezygnuję.  


 
  Drugi zeszyt po "Biegnącej..." to mój zeszyt z cytatami - nie są to złote myśli, ale po prostu fragmenty, który mnie zauroczyły). Też się przeprowadzałam ze zwykłego grubego zeszytu w okładce w kratkę do luksusowego notesu w arabskie mazaje. Zapełniam już drugi tom.
Założyłam też zeszyt robótkowy praktycznie zaraz jak wróciłam do drutów, czyli dziesięć lat temu? Tu też się przeprowadzałam kilka razy. Pierwszy był zwykłym zeszytem w lakierowanej okładce z ładnym widoczkiem (to już były te czasy z ładnymi okładkami), ale się zamykał w czasie pracy. Przeniosłam się wiec do kołonatatnika i przez długi czas miotałam się między koncepcjami czy to ma być czystopis, czy brudnopis, nie wnikając w szczegóły, po latach miałam klarowną koncepcję co jest dla mnie najwygodniejsze do robótek ręcznych, otóż muszę mieć i na czysto i na brudno, kupiłam więc luksusowy notes z okładką mieniącą się kwiatkami i listowiem. Wpisuję w niego wszystkie robótki i chociaż zdarza się, że nie wpisałam rozmiaru drutów, to jednak bardzo rzadko.

Bardzo często z niego korzystam i sprawdzam jakimi drutami robiłam, z jakiej włóczki i jaka próbka.  
W zeszłym tygodniu wpadłam na pomysł katalogowania kolorów włóczek. Wiem, wiem, brzmi nieco obłędnie (w sensie wyższego poziomu obłędu), ale naprawdę, to że  nie miałam zapisanych porządnie kolorów, kosztowało mnie sporo pieniędzy. Ale to długa historia, nie taka co prawda jak ta o zeszytach, nadaje się na kolejny odcinek. 


Do katalogowania wystarczy mała karteczka z dziurkowaniem - obok przywiązanej włóczki wpisujemy kolor i tyle. Nie wiem czemu obmyślenie tego sposobu zajęło mi tyle czasu. A próby podejmowałam różne - przywiązywałam na przykład kawałek włóczki do etykiety z kolorem, no ale o ile ten sposób jest w miarę wygodny w przypadku dwóch kolorów, o tyle w przypadku piętnastu jest idiotyczny. 

Mam też od lat notesik z adresami. Zmęczywszy się ciągłym przepisywaniem adresów i telefonów z kolejnych kalendarzyków, kupiłam luksusowy (no tak, utracjusz ze mnie zeszytowy) notes Moleskine. Jest czarny i poza gumką w ogóle nie jest ozdobny, ale bardzo mnie pociesza fakt, że notes takiej samej firmy miał van Gogh, w związku z tym nie wyprowadzam się z niego od lat. A skoro mowa o van Goghu, to (zachowując proporcje) kupiłam sobie niedawno szkicownik (bo miał śliczną okładkę)i codziennie (albo prawie) w nim szkicuję, kiedyś lubiłam rysować, mój tata ślicznie rysował, więc po trzydziestu latach przerwy wróciłam. W końcu skoro robię na drutach, czytam, prawie haftuję krzyżykami, kataloguję i organizuję, to chwila na szkicowanie też się znajdzie. 

I ostatni, co nie oznacza, że najgorszy to notes ogólny. Od lat mianowicie wiedziałam, że kalendarze to nie dla mnie, nie zapisywałam w nich 80% kartek, rok mijał, kalendarz do wyrzucenia. Z karteczkami nie umiem, więc byłam bardzo niepocieszona. Aż w końcu znalazłam rozwiązanie (znowu po latach, ale ja jestem nie bez powodu alezaraz@).


Kupiłam sobie w imieniu wnucząt i spersonalizowałam, czyli urządziłam się w nim wygodnie. Mam ozdoby, mam wklejony kalendarz, mam kieszonkę na karteczkę z zakupami (bo wiadomo, wygodniej na zakupy iść z karteczką niż z notesem, a przez pandemię nabrałam niechęci do korzystania z telefonu na zakupach), mam rachunki i rzeczy do załatwienia. Mam też muzykę, jaka mi się podobała, bo wiadomo, przeważnie to Dimash, ale nie zawsze. 




 
Bardzo dumna jestem z kieszonki zrobionej z pudełka po skarpetkach :D


Mogę tu wklejać kawałki papierów do prezentów, widokówki czy opakowania po cukierkach. Chociaż Czajkomąż mnie straszy, że opakowania po cukierkach mogłyby się nie zmieścić. No nie wiem, na razie odstawiłam się od cukru. 
- Że też ci się chce - powiedziała koleżanka na widok moich dokonań zeszytowych i zdobniczych. No tak, zawsze mi się chce kiedy w grę wchodzą rzeczy miłe i przyjemne dla oka. Czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

Ps. Bajki zakładałam bardzo bajkową zakładką, która już kiedyś była, ale to nic nie szkodzi.



wtorek, 31 stycznia 2023

Rozmach renesansowy w hobby i nie tylko

 


Ten, by użyć słów Graftona, "linoskoczek autokreacji" walczył z demonami depresji. Mówił, że wiosna i jesień wpędzają go w melancholię, gdyż patrząc na obfitość kwiatów i owoców, czuje, jak mało stworzył w życiu. "Battista - zwracał się do siebie - teraz twoja kolej obiecać ludzkości jakieś owoce". Również Leonarda prześladowało poczucie niespełnienia, będące negatywną stroną renesansowej ekspansywności. Jeśli możliwości jest nieskończenie wiele, ich spełnienie może być co najwyżej cząstkowe."

Leonardo da Vinci Lot wyobraźni, Charles Nicholl

Współcześnie rolę renesansu w dziedzinie ekspansywności spełnia doskonale Internet i też można się przygnębić nawet nie będąc Leonardem, że jest tyle możliwości a czasu cały czas jest tyle samo a nawet jakby mniej. Pierwsze dwa miesiące mojej wolności od etatu spędziłam w lekkim nadmiarze planów i chęci oraz zainteresowań. 


  A potem przemyślałam wszystko i ustaliłam, że nie muszę przerobić kilometrów moich włóczek w tydzień, nie muszę spruć nienoszonych swetrów i zrobić z nich noszone w drugi tydzień, nie muszę od razu wyhaftować trzech obrazków (taaak, bardzo nabrałam chęci na haft krzyżykowy po tym jak przywiozłam kilkanaście haftowanych poduszek z mieszkania po teściowej, no i moje babcia ze strony taty pięknie haftowała), które dostałam pod choinkę, nie muszę zrobić w minutę albumu fotograficznego i nie przeczytam wszystkich swoich nieprzeczytanych książek w miesiąc.

Wzięłam głęboki oddech, pocieszyłam się, że nie jestem Leonardem, cała ludzkość na mnie nie czeka i mogę sobie uprawiać swoje liczne hobby powoli, przyjemnie i niespiesznie. Postanowiłam też do gatunku hobby wliczyć gotowanie smacznych, oryginalnych i pożywnych obiadów (skoro jestem uwolniona od etatu), ale na razie się to nie udało i dalej je gotuję z niechęcią. Pooddychawszy głęboko,  pocieszywszy się i zmotywowawszy, wyszłam ze stuporu i melancholii. W pierwszym kroku skończyłam legginsy. Moja babcia ze strony mamy na widok mało porywających wełnianych reform albo peerelowskiego paltota zawsze mówiła - najważniejsze, że ciepłe. Tak jakoś mi się to skojarzyło, kiedy spojrzałam na moje świeżo wydziergane milionami oczek legginsy:


 Zestaw kolorów jest nieco ponury, włóczka bardzo gryząca, ale legginsy są naprawdę ciepłe, a spod sukienki wystaje mi tylko część bordowa, która nie jest najgorsza. Na pocieszenie przyszyłam sobie guzik dla zorientowania przodu (wiadomo, że najgorzej zawsze odróżnić przód od tyłu)


i wciągnęłam gumkę. Legginsy są mniej więcej na temperaturę poniżej 10 stopni Celsjusza, ale i tak chodzą mi po głowie kolejne, może z bardziej wyrafinowanej wełny i w warkocze, Nadmiar nadmiarem, ale nie ma co we wszystkim się ograniczać. Zaraz po przyszyciu guzika, zaczęłam planować morze malutkich skarpetek i wyrafinowanych sweterków i wtedy nagle okazało się, że wnuczka wyrosła ze swojego kocyka. Powstało zapotrzebowanie na nowe kocyki - tym razem prawie pełnowymiarowe i dwa, bo przecież jest wnuczka i wnuczek. Ucieszyłam się, że wreszcie może uda mi się wyrobić wszystkie zapasy Merino


którego od kilka lat w ogóle nie ubywa, mimo że zrobiłam z niego kocyk w warkocze, koc w kwiatki, sweter w cegiełki i pięć czapek. Trudno przewidzieć na tym etapie, mam dopiero 30 centymetrów pierwszego, robię wzorem tkanym, który jest bardzo włóczkożerny, więc nie wiem, liczę się z koniecznością dokupienia kolorów. Naprawdę, nie wiem co to Merino w sobie ma - jakieś tajemne moce pączkowania chyba.


Na zdjęciu widać drut z zestawu Mindful, co się wiąże z moim przejściem na emeryturę, otóż bowiem miałam takie szczęście, że zostałam obdarowana zarówno od kolegów i koleżanek jak i osobno od zarządu. Zarząd w swojej dobroci obdarował mnie kuponami na książki oraz hojną premią. No i pomyślałam sobie, że warto właściwie zamiast trzymać premię na kupce kupić sobie coś, co będzie miłe i wdzięczne. No i pomyślałam, że nie mam zestawu drutów, bo nigdy nie ośmieliłam się wydać tylu pieniędzy naraz na hobby. Oczywiście, jak to z takimi oszczędnościami bywa, są one złudne, bo i tak wydałam dużo więcej na pojedyncze druty niż gdybym na początku drogi dziewiarskiej zacisnęła zęby, przebolała duży wydatek i kupiła zestaw. No i jak nie teraz to kiedy. Nasłuchałam się zachwytów nad obrotowymi żyłkami, nad schludnym przechowywaniem, nad wygodą, więc zamknęłam oczy i podjęłam decyzję. Kupiłam dwa zestawy, bo jak prezent od zarządu, to nie ma co skąpić. 


Dorzuciłam też automatyczną miarkę (czyli centymetr krawiecki) i naprawdę, warto było - ile zaoszczędzę godzin unikając żmudnego zwijania to trudno sobie nawet wyobrazić. 

Do zestawu dołączone są milusie gadżeciki, w tym nożyczki idealne na podróż, bo składane


Powiem tak - rzeczywiście obrotowe żyłki to rewelacja. Wymiana drutów bajecznie prosta, już nie muszę grzebać za każdą zmianą rozmiaru w moim kłębowisku. Kłębowisko miałam niby uporządkowane i zorganizowane, ale uniknąć rozplątywania się nie udało do końca. Zestaw króciutkich drutów kupiłam głównie ze względu na etui, bo moje króciutkie tam się zmieściły też (na zdjęciu widać jeden z czerwoną żyłką). I kiedy tak patrzyłam na te zestawy i patrzyłam, to pomyślałam, że będę jeszcze korzystać ze starych swoich drutów, które też fajne są i drewniane niektóre, a niektóre kolorowe i są do czapek i do rękawów, ale że już nie chcę wyplątywać ich ze spinek i wydłubywać z plastikowych etui. 




Jak pomyślałam, tak zrobiłam, chciałoby się napisać, ale na razie tylko pomyślałam. Uszyję sobie etui. Trochę mi zajęło rozpracowanie systemu jaki byłby najwygodniejszy i doszłam do wniosku, że dla każdy rozmiar drutów będzie osobne etui (proste w konstrukcja, bo ja nie jestem wybitna w szyciu), zrobiłam na razie prototyp i o postępach będę relacjonować w następnych odcinkach. 
Tymczasem zrobiłam porządek w drutach skarpetkowych, które przechowywałam w materiałowym organizerze (kupionym dawno dawno temu), ale w którym miałam zawsze bałagan. Bałagan oczywiście tworzył się nie sam ale z nadmiaru i z nieopisania. Jednak opisy w porządkowaniu to rzecz kluczowa.
Nadmiar zlikwidowałam przez przeniesienie grubszych rozmiarów drutów do planowanego etui sarpetkowego (tym razem niekupnego ale własnoręcznie uszytego), a opisy na razie zrealizowałam prowizoryczne. Docelowo mają być haftowane, bo w sumie, jak już zrobię dwa kocyki, milion skarpetek, wyrafinowane sweterki, trzy haftowane obrazki, to mogę wyhaftować opisy do etui. Uff...



Oamtako i pomyśleć, że moja babcia ze strony mamy, która mnie nauczyła robić na drutach odróżniała tylko druty grube i cienkie. I miała chyba trzy pary. I długo, długo ja też funkcjonowałam w takim świecie. Nie wiedziałam, że są druty drewniane, bambusowe, metalowe, na żyłce 80cm, 100cm, duty 3,5mm duty 3,75mm, plastikowe, okrągłe i trójkątne. A także druty Yoga. Tak, zdecydowanie mamy obecnie kolejny renesans i dużo, dużo, dużo możliwości. 

A Leonardo? A właściwie jego biografia? Niestety, nie podobała mi się i to nie dlatego, że nie miała obrazków - popatrzyłam sobie na nie w Internecie, bo Internet to nie tylko zło samo, zalety też ma. Napisana moim zdaniem bardzo chaotycznie, wiele razy autor się powtarzał, co budziło zamęt, tym bardziej, że podał do wiadomości wielkie mnóstwo domysłów, co też budziło zamęt, nieraz wolałbym nawet żeby coś zmyślił, jak Stone w "Udręce i ekstazie". Bo o Leonardzie wielu rzeczy nie wiemy, to ironia w sumie, że zachował się spis ile miał garnków i patelni, jakie miał książki a nie zachowała się informacja kogo przedstawia Mona Lisa. Książkę więc przeczytałam z trudem i powoli (zajęło mi to ponad trzy tygodnie) i pomyślałam sobie, że w sumie szkoda, że zajmował się tyloma rzeczami, projektował kurki w łazience księżnej, ozdabiał zegary w klasztorach, projektował miasta idealne i idealne klatki schodowe, wielu rzeczy nie skończył, ale że był genialny, to skończyli za niego inni - na przykład nie tak dawno skończyli konia, którego Leonardo miał odlać z brązu. Szkoda też, że obrazy tak bardzo niszczeją i w sumie nie wiadomo już jak wyglądały one naprawdę. Nam pozostały tylko prześwitujące przez brudne werniksy cienie. 
No ale, zajmował się tym, co mu sprawiało przyjemność czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. Lot wyobraźni zakładałam zakładką średniowieczną i wyobrażałam sobie, że to Leonardo jedzie ze swoimi książkami z Florencji do Mediolanu. 

 

piątek, 13 stycznia 2023

Szpony nałogów i katalogowania

 


"Miałem wszystko. Ale wszystko było ułudą. Nie było sposobu, żeby rozwiązać mój problem. Dopiero po wielu latach zacząłem powoli rozumieć, gdzie szukać rozwiązania. Proszę, nie zrozumcie mnie źle. To wszystko - Julia, wymarzony dom, milion dolarów tygodniowo - było wspaniałe i zawsze będę za to wdzięczny. Jestem jednym z największych farciarzy na świecie. I najlepiej na świecie się bawiłem.

Ale to nie była odpowiedź. Czy gdybym miał zrobić to jeszcze raz, znów poszedłbym na przesłuchanie do Przyjaciół? No pewnie, że tak. Czy znowu bym pił? No pewnie, że tak."

Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz, Matthew Perry

Kiedy weszłam do księgarni (po prezenty dla wnucząt), Matthew spojrzał na mnie od samego progu. Wiedziałam, że muszę go mieć, no i mam. Książka raczej dla fanów, czyli jak najbardziej dla mnie. Przyjaciół oglądam średnio raz na dwa lata (wszystkie dziesięć sezonów) i zawsze na koniec płaczę i zawsze żałuję, że to koniec i tylko resztki zdrowego rozsądku powstrzymują mnie od puszczenia tego serialu od początku. Moją ulubioną postacią jest Chandler grany przez Matthew Perry,ego, więc przeczytałam jego książkę ze ściśniętym sercem. To takie smutne, że tak bardzo nie można komuś pomóc. Niczym. Przyjaźnią, miłością, uwielbieniem, sławą, powodzeniem, pieniędzmi. Każdy sam osobiście musi się pozbierać i w sobie znaleźć siły, żeby przetrwać. Tu mamy historię walki z ekstremalnie Straszną Rzeczą, ale w sumie na co dzień też walczymy z różnymi lękami, smutkami i smuteczkami. Książka dla fanów albo dla kogoś, kto jest ciekawy historii jednego cierpienia. 

Tymczasem siedzę sobie na emeryturze, spadł śnieg i się roztopił, było wielkie sprzątanie, wielkie gotowanie i wielkie zakupy. Wszystkie zakupy w ramach prezentów, więc mój bezzakupowy słoik trzyma się dzielnie i pęcznieje, podobnie jak moje biblioteczne półeczki. 


   Kubeczek dostałam od koleżanek i kolegów z pracy na nową emerytalną drogę życia. I w ogóle musieli mnie lubić, bo dostałam też płytę i to był ogromny szok i zaskoczenie.


Dimash (mój idol) wydał tylko jedną płytę i trzeba ją sprowadzić z Chin, więc nie kupuje się jej tak łatwo, jak wszystko inne w dzisiejszych czasach (poza przejściowymi trudnościami z cukrem). Zatem moje emerytura przebiega miło i przy cudnych dźwiękach. 

Robię oczywiście na drutach i są to w dalszym ciągu getry, na szczęście koniec drugiej nogawki. W przerwach zrobiłam też dwie czapki z owcami. 





Do drugiej używałam ślicznych markerów z cyframi na sobie, owce miałam więc ponumerowane co znacznie ułatwiało mi wyrabianie wzoru. Markery nie dość że pożyteczne to jeszcze naprawdę prześliczne w wyglądzie i w dotyku. 


Markery oficjalnie dostałam w prezencie gwiazdkowym. Dostałam też wspólnie z mężem Scrabble, którym mamy zamiar odnawiać zaniknięte połączenia neuronowe w mózgu. 

Poza czytaniem, dzierganiem i przymuszaniem się do spacerów (spacerować lubię, najgorzej nie lubię zebrać się i wyjść z domu), wpadłam w manię katalogowania. I pomyślałam sobie, że gdyby moja praca zawodowa polegała na katalogowaniu, to siłą musieliby mnie wyciągać na emeryturę albo od razu do Domu Spokojnej Starości. Na szczęście nie polegała, więc teraz mogę sobie katalogować bez granic. Kataloguję książki (znalazłam śliczną aplikację, wiadomo, w dzisiejszych czasach musi być aplikacja)

Aplikacja sczytuje kod ISBN, każda książka może mieć okładkę, liczbę stron i czy jest przeczytana. Na razie skatalogowałam dwie półki, bo kataloguję też włóczki. Na stronie Ravelry - super strona dla dziergających i bardzo uczynna - jak przeglądam wzór na sweter to podpowiada mi z jakich włóczek ze swoich zapasów mogę go zrobić. Skatalogowałam na razie dwa pudełka włóczek, bo kataloguję też zdjęcia i robię album z objaśnieniami dla potomnych. 


I tak sobie myślę, czy można żyć bez katalogowania - pewnie można, ale o ile mniej przyjemnie. 
Dziękuję za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!