poniedziałek, 10 lipca 2023

Zapasy z obrazami

 


"Dzieła sztuki, chociaż w przeszłości pełniły rozmaite funkcje i wyrażały treści ważne dla zleceniodawców, historycznych odbiorców i samych malarzy, to jednak w muzeach wyobraźni służą głównie przyjemności. Nie ma większego znaczenia, jaki element ktoś dostrzeże, a jakiego nie; co zrozumie, a co wzbudzi w nim konsternację. Ważniejsza od pełnego zrozumienia sztuki wydaje się przyjemność jej doznawania."

Rozmowy obrazów, Grażyna Bastek

Przyjemność przyjemnością, ale czasem dobrze jest poczytać, co dostrzega w obrazach osoba mądra i kształcona, umiejąca pasjonująco tę wiedzę przekazać i obdarzona w dodatku świetnym głosem (co akurat w przypadku książki papierowej nie było słychać, na szczęście panią Bastek można posłuchać w radiowej Dwójce). W Rozmowach wiedzy jest zawartej wiele i można się poczuć oszołomionym wszystkimi znaczeniami, technikami, kolorami i historiami. Obrazy są omawiane po dwa na raz, jako że z założenia mają rozmawiać ze sobą i wybrane są pod kątem różnych aspektów, czyli na przykład autoportrety, kobiety, mieszczanie, małżeństwa, fałszerze, perspektywa i wiele innych. Część obrazów ogólnie znanych i słynnych, część w ogóle mi nie znanych (np, autoportret Sofonisby), co zresztą uważam za dodatkowy plus, bo ile można czytać o Leonardzie (chociaż o Leonardzie też było). Dużo rzeczy się dowiedziałam: o strusim jaju, o światłocieniach, o camera obscura (fascynujące i pomyśleć, że dziś wystarczy pstryknąć smartfona), o odchylonym kolczyku, żółtych ciżemkach z noskiem, o ważeniu złota i o najdroższych obrazach świata.

Książka została wydana w dwóch tomach, zawiera bardzo dużo reprodukcji mniejszych i większych i ma staranną oprawę graficzną - przyjemne marginesy, wyraźną czcionkę i strony tytułowe rozdziałów w ślicznych kolorach.


A kolorom to ja nie bardzo mogę się oprzeć. I mam tak chyba od dziecka, zawsze robiły na mnie wrażenie odpusty ze swoimi pierścionkami, bransoletkami, piłeczkami, kolorowe stragany na jarmarkach, kolorowe tkaniny, kredki, okładki, no i włóczki oczywiście. Co bywa zdradliwe, zwłaszcza kiedy nie prowadzi się prawidłowo dokumentacji i nie stosuje się jeszcze katalogu kolorów. Ale po kolei, czyli jak to z zapasami bywa.

Dawno temu zapatrzyłam się w kolorowy witraż w kościele. Pewnie dzień był słoneczny, albo w tym kościele zawsze jest światło (zupełnie jak w Combrey). Przyszłam do domu i kupiłam kilka motków alpaki Dropsa z mglistą wizją otulacza albo szalika. Motki przeleżały w szufladzie i czekały aż z mętnej wizji powstanie krystaliczny plan. Nie powstał. Pomyślałam zatem, co mają się tak obijać w szufladzie, biedaki, zrobię temperaturowy duży szal. No ale miałam tylko ciepłe kolory (jak witraż), dokupiłam zatem zimnych, bo jak wiadomo, temperatura na tym polega, że raz jest ciepło a raz zupełnie nie. Dokupiłam i nawet zaczęłam, ale dobrałam zły wzór, alpaka w tym wzorze okazała się być smutną szmatką, kolory w ogóle nie grały i nie świeciły, mimo, że dnie były słoneczne nawet. Wróciła więc do szuflady razem z zaczętym szalikiem. Lata mijały, motki siedziały w szufladzie, miały nawet spory luz i przestrzeń, przyszła pandemia, lockdawn i w ramach pocieszenia a także lepszej komunikacji, kupiłam sobie nowy telefon i wtedy wpadłam na pomysł, że z kolorowej alpaki zrobię etui. Wybrałam dwa kolory, zrobiłam etui i od razu uprzedzę - mało ubyło. Powiedziałabym nawet, że ubytek w zapasach był niezauważalny. No i wtedy wróciliśmy na stałe do biura i obiecałam koleżance mitenki. Zapakowałam całą torbę kolorów i dwa odcienie szarości (które zostały mi po starożytnym swetrze przerobionym ostatecznie na chustę, komin i czapkę). Szarości odpadły od razu, bo koleżanka też lubi kolory kolorowe nie szare. Wybrała kolor. I tu zadziałało właśnie prawo niekontrolowanego wzrostu zapasów. Wybrała kolor, którego miałam tylko jeden motek. I oczywiście był to jeden z nielicznych motków bez banderoli. Po licznych poszukiwania, porównywaniach zdjęć w różnych sklepach, wytypowałyśmy numer koloru, i zamówiłam go natychmiast w małej ilości. Paczkę odebrałam, odpakowałam, przytknęłam do posiadanego - oczywiście - kolor był inny. Zawiozłam do pracy, koleżanka obejrzała, potwierdziła moją diagnozę i powiedziała, no ale ten też ładny. No, wiadomo było, że ładny ale nie prześliczny. Wznowiłyśmy poszukiwania, wytypowałyśmy kolejny kolor i zamówiłam. Tylko wtedy już byłam w amoku kupowania, przeglądania kolorów, w dodatku byłam już po zrobieniu koca w kwiatki z merino i w dodatku miałam już i tak duży zapas, wymyśliłam więc, że skoro i tak zamawiam alpakę, z której nie wiem co zrobić, to zamówię na kolejny koc w kwiatki. I przyszła duża paczka, mitenki zrobiłam, alpakę upchnęłam do szuflady i wtedy sobie przypomniałam, że jest śliska, w kocu z kwiatków jest miliony nitek, i jak ja je pochowam.
- Zrób skarpetki - powiedziała moja ulubiona ciocia. Ale skarpetki nie rozwiązują sytuacji. 


I właśnie, gdybym miała katalog kolorów jak dziś, nie kupowałabym kolorów w ciemno, kupiłabym tylko potrzebny motek wybranego koloru i nie miałabym góry alpaki. No, pozostaje ten witraż - to mnie nauczyło, żeby nie kupować włóczki mając tylko mglisty plan. W moim przypadku kończy się to górą. Miłą, bo z alpaki, ale zawsze górą. 
Szal robię teraz inną techniką zszywania - rozbudowuję róg - mam więc kontrolę nad wymiarami, poprzednio najpierw połączyłam wszystkie kwiatki w kawałki po dwanaście i kiedy zaczęłam je łączyć, musiałam użyć wszystkie, mam więc bardzo duży koc z merino. O merino też można opowiedzieć równie długą historię, ale to może w innym odcinku. Podobnie o bawełnie, z której miałam robić maskotki i nabyłam w dużych ilościach, już zrobiłam dwa sweterki, a ostatnio zrobiłam mydelniczkę. A ta z kolei robótka po raz kolejny mnie umocniła w postanowieniu, żeby się nie spieszyć z dzierganiem. Otóż dawno temu (chyba sześć lat temu) wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie siateczkę na mydło. Siateczkę zrobiłam szybko, oczka wyszły mi trochę za duże, pasek trochę niewygodny. Ale nie chciałam poświęcać na taki drobiazg dużo czasu, nie chciałam pruć, czy poprawiać. No i w efekcie, przez sześć lat codziennie układałam mydło starannie, żeby nie wypadło. Naprawdę, nie warto się spieszyć. Zwłaszcza, że mokre mydło na podłodze w łazience, to może nie pożar, ale bezpieczne nie jest. :D

Po lewej stara (widać jak mydło łatwo z niej ucieka), po prawej nowa:

Nowa z chińskim misiem prosto z Beskidów:





Koniec mydlanych dygresji, z zapasów powstaje zwiewny szal z kwiatków, powoli, z przerwami, bo realizuję też zamierzenia kocykowe, swetrowe i inne, czego i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny, przemiłe komentarze, dobrego dnia! 

PS. Książkę zakładałam śliczną włoską zakładką, która do sztuki włoskiej pasuje, a do niewłoskiej zresztą też.


PS PS. Albrecht na tym obrazie jest tak współczesny, że nie mogłam uwierzyć, że on jest renesansowy. :D

poniedziałek, 3 lipca 2023

Burzliwe piramidy

 


"Pisarze ledwo nadążali z robotą - trzeba było udokumentować, opisać i zapisać mnóstwo rzeczy i spraw oraz skopiować i zarchiwizować to wszystko."

Egipt w czasach piramid, Guillemette Andreu

Zupełnie jak ja, chociaż ani nie jestem pisarzem, ani nie siedzę w cieniu piramid, ale też archiwizuję wszystko albo znaczną większość. Nie czułam więc przesadnej przepaści geograficznej czy antropologicznej, kiedy czytałam tę przyjemną i wciągającą książkę, w której niestety, poza okładką, nie było żadnych obrazków i znowu musiałam zaglądać do wszystkomającego Internetu, żeby zobaczyć na przykład pisarza lub innych. Egipcjanie wrzucali do Nilu ichniejsze Marzanny i wianki, artyści utrwalali przemijającą rzeczywistość rzeźbiąc i malując, co dziś znacznie łatwiej osiągnęliby robiąc miliony zdjęć. Moje książki na przykład są uwiecznione we wszystkich nieomal swoich konfiguracjach i ustawieniach. Do książki raczej już nie będę wracać (chociaż wiadomo, że z takimi deklaracjami nigdy nic nie wiadomo). Jeden tylko szczegół mnie zdziwił, nie dotyczył on na szczęście Egiptu, otóż autorka uznała, że Szeherezada "wymyśla różne niezwykłe historie, by rozerwać sfrustrowanego sułtana". Wydaje mi się, że głównym celem Szeherezady było przeżyć, bo rozrywki sułtana zupełnie nie polegały na słuchaniu opowieści. To drobiazg, ale trochę nadszarpnął moją wiarę w panią Andreu.

Chyba, że się mylę, co też nie jest wykluczone. Egipt piramid przeminął, zupełnie tak samo jak mój wywczas (bo przecież nie urlop, kiedy po raz pierwszy po powrocie z letnich wyjazdów, siedzę w domu ze swoimi książkami i włóczkami, zamiast pracować dzielnie w firmie jakiejś). Nie wiem czy to z tego powodu, czy z jakiegoś innego (globalnego ocieplenia może), pogoda w tym roku nas nie rozpieszczała, jeżeli w Polsce była jedna jedyna burza, to właśnie w Wierchomli.

Dostawałam różne ostrzeżenia na zmianę, od burz z piorunami poprzez upały, powodzie i lawiny (sic!), aż trochę się bałam, że drogi nam zaleje i zmyje i zostanę już na wywczasowym tarasie na zawsze. Na szczęście nie zmyło ani nie zalało, na wszelki wypadek siedziałam na ulubionym fotelu i nie oddalałam się od domu - na zdjęciu poniżej mam na sobie trzy z moich wełnianych (!!!) robótek.


po burzach zawsze za to była tęcza, owce i lody




Ponieważ turystycznie nie udzielałam się w ogóle (nie bez ukrytego w głębiach zadowolenia), główną atrakcją poza czytaniem i robieniem na drutach były zakupy (o Roku bez Zakupów jeszcze będzie, do jego końca został tylko miesiąc) w licznych punktach z pamiątkami regionu beskidzkiego oraz w powstałym niedawno w Piwnicznej Centrum Chińskim. Co w sumie, biorąc pod uwagę kraj produkcji wszystkich pamiątek na świecie, wychodzi prawie na jedno; w Centrum może oferta jest bardziej synkretyczna. Kupiłam sobie do swoich licznych zeszytów naklejki i litery do drutów albo biżuterii


Pan z wąsem przypominał mi bardzo Marcela Prousta i to pomimo angielskiej wieży z zegarem. W kwestii markerów natomiast zainspirowana Internetem zrobiłam sobie licznik rzędów, który wisi na drucie i nie wymaga notowania ani przekręcania a tylko przekładania z kółka na kółko. 



Na drutach wisi poza licznikiem robótka, które ma być docelowo kardiganem Corran, robię go z bardzo przyjemnej włóczki Line Sadnes Garn, przy szyi mnie lekko podgryza, ale mnie len prawie zawsze podgryza, a w Line jest poza bawełną i wiskozą trochę lnu właśnie. Kardigan ma być długi, z długimi rękawami i dekoltem V, na razie przyrasta bardzo szybko, ale jest wyjątkowo niefotogeniczny na etapie WIP (czyli pracy w toku).


Na żywo ładniejszy trochę, w kolorze szałwiowym.

Za oknem piękna pogoda (no pewnie, skoro już jestem w mieście), na targu piękne warzywa i owoce, na półkach książki, można się delektować latem, czego sobie i Wam życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

PS. A książkę zakładałam delikatną zakładką z hieroglifami (pewnie wyprodukowaną w Chinach, ale co tam, wygląda jak z Egiptu prosto)


PS PS Na lipiec wylosowałam (w moim LOTTO nieczytanych) między innymi Fausta, no cóż, czekał, czekał, aż się doczekał. Trzeba przetrwać tę romantyczną dawkę. :D

niedziela, 25 czerwca 2023

Pałace, kubki, kolory i niekocyki

 


"A już, wierzcie mi, wprost rozpacz mnie ogarnia, kiedy do snu się rozbieram i pomyślę, że rano przyjdzie mi się znowu ubrać, a wieczorem znów rozebrać, rano ubrać, wieczorem rozebrać, ubrać, rozebrać, to już nieraz chciałbym dnia nie dożyć. Całe szczęście, że lokaj mi pomaga, bo sam nie miałbym chyba siły.

Jakież to wszystko nudne. Co to będzie? Co to będzie?"

Pałac, Wiesław Myśliwski

Pałac wylosowałam w swoim miesięcznym losowaniu moich spośród moich Wielkich Nieprzeczytanych i tym sposobem nie stał już na półce, gdzie od ośmiu lat albo od dziesięciu, dokładnie nie pamiętam, bo jak kolejka długa, to lata mijają nie wiadomo kiedy.

Pierwszą książkę Myśliwskiego dostałam w prezencie, przeczytałam, podobała mi się, drugą kupiłam ze względu na tytuł, bo jak nie zauroczyć się traktatem o łuskaniu? Przeczytałam, podobała mi się i potem już łatwym kupowaniem internetowym nakupiłam kolejne cztery, wszystkie miały śliczne okładki, chociaż tytuły już mniej śliczne, postawiłam je na półce i już nie przeczytałam. Aż przyszło losowanie i na Pałac padło.

Przeczytałam i też mi się podobało. Nie jest to mój ulubiony w tej chwili typ lektury, ale nie można odmówić Myśliwskiemu uroku, głębokiej refleksji, tajemnicy, płynnej narracji i wręcz lekko narkotycznego rytmu. Sprawnie wprowadza czytelnika w trans i to jednym tylko pastuchem Jakubem, który najpierw jest Jakubem, a potem dalej jest pastuchem ale trochę się przemienia w dziedzica. Oczywiście w swojej wyobraźni a może w wyobraźni autora, w sumie nie ma to żadnego znaczenia ani dla powieści ani nie miało dla mnie, cały ten ciąg sugestywnych dworskich obrazków, cały korowód osób przewijających się i te wszystkie rozmowy były wystarczająco ciekawe.

Jako że zdecydowanie nie mam lokaja, dbam bardzo o to, że mnie ominęła ta nuda kolejnych dni i nocy. A nudę można rozproszyć różnymi rzeczami, w tym między innymi kolorami. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, zaopatrzyłam się w kredki i kolorowanki (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie z pewnością w kolejnych odcinkach, bo w sierpniu ów Rok się kończy). Jakieś kredki od wielu lat miałam, ale okazały się być kredkami męczącymi i nienajlepszymi (tak to właśnie jest, kiedy człowiek wgłębia się w różne tematy na YouTube), teraz mam niemęczące (Polychromos Faber Castel, bo zdjęcie jest poglądowe tylko) chociaż dalej dla amatorów.



Kolorowanki kupiłam różne, dla dorosłych i dla dzieci, ale te dla dzieci wolałabym chyba dać wnuczkom, bo nie wyobrażam sobie jak ja pomaluję tego Vermeera. Wnuczęta moje pomalowałyby taką Dziewczynę z perłą raz dwa. No trudno, zaczęłam od kolorowanek dla dorosłych, a Vermeera przepracowuję w sobie, że to nie będzie profanacja tylko…, no do tego jeszcze nie doszłam w zastanawianiu co.  


 

Do kolorowania kupiłam (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie)s obie też kubek, który bardzo jest przydatny do przeganiania nudy, zwłaszcza że jest ręcznie ulepiony przez MiskiIzki z Łodzi. I trzeba wspierać lokalnych artystów, nie ma rady. Więc wsparłam (dwa razy)



Jakiś czas temu wygrałam niespodziewanie nagrodę główną na Instagramie, co prawda tematem konkurencji była największa wtopa dziewiarska, ale trudno, przepracowałam to w sobie, że dzierganie czyni mistrzów i że kiedyś będę, i że te trzy rękawy w swetrze to zrobiłam dawno temu i już się to nie powtórzy. Nagroda jest bardzo śliczna, trzyelementowa, przy czym część wełniana jest związana z Muminkami, co mnie cieszy jeszcze bardziej. 


Będą z niej skarpetki, ale najpierw zrobię sweterek. 


Sweterek zaczęłam od próbki i już bez wyrzutów sumienia, bo kocyki dla wnucząt skończone, wymagają tyko dorobienia pomponów i pochowania nitek. Robię więc wreszcie niekocyk, mam kawałek ściągacza (sweter robiony jest od dołu, raz tylko robiłam i wspomnienia mam nieco traumatyczne, ale to było w epoce trzech rękawów, więc dawno, teraz może pójdzie łatwiej) i tak sobie myślę, że odkąd wpisałam te kilogramy liczne moich włóczek w tabelki, to wydaje mi się, że one już przerobione są. To bardzo przyjemne uczucie, co prawda zaczynają wtedy po głowie chodzić nowe włóczki, ale Rok bez Zakupów jeszcze się nie skończył, ale o nim będzie. Tymczasem napadało dużo deszczu, ale dziś wyszło słońce, roślinność ozdobna i jadalna wymyta i żywa, można się cieszyć nią i spożywać, czego sobie i Wam życzę, dobrego dnia!

I niezmiennie dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, a Pałac zakładałam zakładką z parkiem jakby pałacowym trochę i letnim.    


sobota, 17 czerwca 2023

Fantazje w przerwach


 

„Godny pożałowania zwyczaj brzdąkania (fantasieren) na instrumentach w czasie przerw w graniu, zwłaszcza podczas recytatywów w muzyce kościelnej, jest haniebny, gdyż wprowadza Mischmasch dla słuchaczy, powodując u nich takie przykre dolegliwości utrudniające odbieranie muzyki jak ból zębów czy kłucie w boku.”

Muzyka w Zamku Niebios, John Eliot Gardiner

Bach jaki jest każdy słyszy. Na pewno nie powoduje bólu zębów czy kłucia w boku, chociaż niewykluczone, że od wykonania jego własnych kompozycji kłuło go w boku i rzucał w nerwach perukę na ziemię. Nie ma łatwo taki geniusz, który słyszy każdy fałsz, a czasu na próby nie ma za wiele. Nie miał też łatwo z przełożonymi, którzy albo nie rozumieli kogo zatrudniają, albo skąpili pieniędzy, a nieraz jedno i drugie. Nie miał łatwo z publicznością, która się spóźniała, witała i przechadzała w czasie muzyki. Ciekawe czy Bach teraz, siedząc na pewno u boku pana Boga cieszy się z tych trudów i starań z jakimi jego muzyka jest wykonywana dziś. Kiedy pojawiła się „Muzyka w Zamku Niebios”, od razu ją kupiłam (na gwiazdkę, ale mój Rok bez Zakupów będzie jeszcze omawiany w kolejnych odcinkach), bo spodziewałam się, że skoro napisał ją dyrygent, a dyrygent musi porywać, więc ta książka również porywa. Napisana z pasją, werwą, humorem, zdobiona świetnymi metaforami,  żywo prowadzoną narracją i widoczną erudycją autora. Jest dodatkowo pięknie wydana z licznymi ilustracjami i obszernymi indeksami oraz bibliografią.

Zwłaszcza indeks dzieł Bacha jest istotny, bo można sobie usiąść z płytą albo Internetem, puścić jakąś kantatę czy BWV (dzieło Bacha), co jest bardzo łatwe, bo wszystkie są ponumerowane i przeczytać czego dokładnie się słucha. Gdzie jest wesoło (to nawet ja jestem w stanie zauważyć), gdzie jest smutno, gdzie jest protestancko, gdzie katolicko bardziej, gdzie ironicznie a gdzie bardzo nabożnie.

Czytałam z przerwami dwa miesiące, ale warto było. Mimo niektórych fragmentów dla mnie niezrozumiałych, bo bardzo technicznych. No ale dla mnie wszystko chociaż odrobinę muzyczne, czy to nuta, szesnastka, klucz, interwał, jest niezrozumiałe, niestety.

Bach twierdził, że każdy może osiągnąć to co on, tylko musi ciężko pracować. Jest to w sumie pocieszające, no chyba, że trzeba byłoby pracować przez miliony lat. Na wszelki wypadek więc nie zabrałam się za komponowanie, ale w swojej skromności i zdrowym rozsądku dalej dziergałam kocyk. Kocyk jaki jest, wiadomo, duży, długi i długotrwały, więc na raz po prostu nie da się wytrzymać, trzeba zrobić przerwę dla głowy i dla rąk. Przerwa jest o tyle bezpieczna, że robi się ją szybko i w natchnieniu, jak to na ogół bywa po wyrwaniu się na przerwę. Szczęśliwie moje fantasieren w przerwach nie było karalne. (Tylko moja ulubiona ciocia mówiła w tle - rób kocyk!)



Tym razem po Safranie zielonym nastał Safran czerwony, a właściwie fuksjowy. Według wzoru Sunshine coast. Jak zaczęłam, tak zrobiłam korpus, zostały mi tylko rękawy, ale te już grzecznie czekają na koniec kocyka, Koniec jest bliski, bo za około trzydzieści centymetrów. Natomiast kupiony na Ravelry wzór bardzo mi się spodobał. Jest napisany cudownie jasno, są ponumerowane markery, co znacznie ułatwia orientację w rękawach i przodach, po każdej akcji jest podana liczba oczek jaką powinniśmy mieć na drutach – po prostu mistrzostwo wzoru (myślę, że rękawy opisane podobnie, bo jeszcze nie czytałam). W związku z ponumerowaniem markerów, wykorzystałam swoje markery z cyframi i dołożyłam litery. W ten sposób zawsze wiedziałam, gdzie jest SSK a gdzie K2tog oraz inne tego typu YO czyli narzuty. 

Zaoszczędzony na zerkaniu w opis czas będę mogła wykorzystać na pracę nad sobą, liczenie włóczek czy haftowanie albo inne hobby.

Sweterek zapowiada się bardzo użytecznie i miło do sukienki letniej. Bo przecież w końcu przyjdzie czas, że letnie sukienki wyjmiemy z szafy, czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze – dobrego dnia!

Ps. Długo myślałam czym założyć Bacha i w końcu wybrałam ptaki, no bo one jednak chyba najbardziej wytrzymują poziom muzyczny.



sobota, 10 czerwca 2023

Przemiany w tabelkach

 

„Na przykład Nikołaj Tołstoj, poszukując powodów powodzenia bajkowego Bułeczki w czasie ucieczki, doszedł m. in. do wniosku, iż nietykalność zapewniała mu powtarzana w sytuacji zagrożenia piosenka o procesie jej tworzenia. Skonstruowana była bowiem na wzór ludowych pieśni o kreacji, stanowiących werbalną ochronę w czasie obrzędów.”

Bajka zwierzęca w tradycji ludowej i literackiej

Uwielbiam takie wnioski, tak jak zwykła mała odciśnięta w skale skorupka odkrywa nagle morskie otchłanie w zwykłych górach, tak pieśń o kreacji otwiera otchłanie czasu i obyczaju w zwykłych bajeczkach. Dla takich fragmentów warto było przeczytać ten zbiór artykułów na temat zwierząt w bajkach. Sama książka wydana niedbale dosyć, brak indeksów, brak bibliografii, część tekstów mnie wynudziła. Okładka za to prześliczna no i parę takich perełek. Było też o Brzechwie, o Leśmianie, o wilkach, o Domeczku (jak ja nie lubiłam tej bajki, nic dziwnego, bo w Domeczku zagnieździło się samo chtoniczne plugastwo), o niedźwiedziu i o przemianach, bo przemiany w bajce muszą być.

Osobiście też bardzo chciałabym się przemienić z Czajki prokrastynującej, zasypanej licznymi hobby i próżnej w Czajkę pracowitą, zorganizowaną, systematyczną i panującą nad zapasami. W mądrości przybywającej bez zasługi a tylko z racji przybywających lat zauważyłam, że nie ma co czekać na magiczną przemianę, na jakieś wróżki czy niedźwiedzie, trzeba się za nią wziąć osobiście i własnoręcznie. Jako umysł poniekąd ścisły wymyśliłam sobie różne niemagiczne ale pomocne tabelki, harmonogramy i wykresy.

Nie tak dawno, w kwietniu, wzięłam udział w pewnym internetowym wyzwaniu, które polegało na przerobieniu w ciągu miesiąca 200 gramów włóczki ze swoich zapasów. 200 gramów w zapasach miałam, a jakże, nawet niejedno, zaczęłam więc dziergać i ważyć i przy okazji zaczęłam zastanawiać się ile zapasów tak naprawdę mam i ile włóczki przerabiam miesięcznie, ile czasu poświęcam na dzierganie, szłam do kuchni ugotować obiad i tak myślałam, w końcu wyjęłam wagę, wyjęłam komputer, obiadu nie ugotowałam, ale za to mam teraz prześliczną tabelkę, w której widzę jak na dłoni, że zapasów mam na cztery lata niespełna (więc nie tak źle, jest duża szansa przerobić), dziennie dziergam zaskakująco mało, myślałam, że cały dzień, a tu nie. Trochę mi wstyd się przyznać, ale trudno, czas mierzę minutnikiem. I nawet nie jest to czysta fiksacja, ale pomaga mi się skupić na dzierganiu bez ciągłego sprawdzania co nowego w Internecie. Włączam sobie minutnik na godzinę i wpisuję w notatnik w telefonie, raz w tygodniu wpisuję w tabelkę. Tabelka liczy mi ile zrobiłam w roku robótek, ile wyrobiłam gramów, ile poświęciłam godzin i ile kupiłam (brakło mi na kocyki i musiałam). Nie wiem, czy tabelka przemieniła mnie całkiem i na stałe, ale bardzo się z nią lubię póki co. W jakimś stopniu poczułam się odgruzowana z motków i widzę naocznie jak ich ubywa.

 


Widzę też, że w tym roku przeważnie robię kocyki dla wnucząt - pod nazwą robótki jest liczba godzin. Kocyki są pełnowymiarowe i nie da się ich robić bez przerwy, trzeba mieć małą odskocznię, żeby się nie znudzić i nie przygnębić. Jedną odskocznią był zielony boxy sweter z Safranu. Robił się bardzo szybko, może dlatego właśnie, że był odskocznią i ucieczką. 




Bardzo jest milutki, lejący i wygodny. 

Teraz mam kolejną odskocznię, w kolorze fuksji, brakuje jej tylko rękawów, ale o niej w kolejnym odcinku. Może rękawy zrobię po kocykach, jeden praktycznie skończony poza chowaniem nitek i pomponami, drugiemu brakuje pół metra. Powinnam szybko zrobić, bo za oknem na ogół pada. I grzmi. Taki wywczas.


Mam nadzieję, że u Was bardziej słonecznie i mniej burzowo i mam nadzieję że moje przemiany powiodą się przynajmniej w zakresie blogowej systematyczności. Dziękuję Wam za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 12 marca 2023

Opakowanie czyli Journal

 


"Młoda dekoratorka i jej kierownik zjawiają się w swoich sklepach raz w miesiącu. Zdejmują z wystaw starą ekspozycję, następnie wykładają witrynę papierem w kolorowy deseń, a na uroczyste okazje - tapetą. On projektuje dekoracje, ona podaje szpilki do ich przymocowania. On rozkłada kartoniki z wypisanymi wcześniej własnoręcznie cenami towarów. Ona przynosi makarony, owsianki, proszki do prania, puszki i wszystko to, z czego można budować piramidy."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Te piramidy! Jaki to był szczyt dekoracyjnego wyrafinowania, zwłaszcza gdy były z bombonierek i czekolad. Podobnie jak niewzruszone butelki po mleku i śmietanie wypełnione solą. Dzieci grały w kapsle, a w puszkach po landrynkach przechowywało się guziki. W moim barku ( a właściwie barku rodziców) przez wiele lat na święta myłam zakurzone butelki po lepszych alkoholach i ponownie zalewałam świeżą wodą; szkoda było wyrzucić, wszystko co wtedy nie było szare i pakowe stanowiło śliczny element upiększający.

"To pewne, że żaden rodak nie pozbyłby się opisanych wyżej butelek po wypiciu zawartości - podobnie jak bohater Dziewczyn do wynajęcia (1972) Janusza Kondratiuka. W filmie pojawia się szczególna scena, w której bohaterki i ich absztyfikanci trafiają do mieszkania kelnera granego przez Zbigniewa Buczkowskiego. Po wychyleniu kieliszków okazuje się, że buteleczki wypełnia nie alkohol, lecz kolorowa woda, jednak bohaterka grana przez Ewę Szykulską broni tego pomysłu, mówiąc: Bardzo pomysłowe. Elegancko wygląda".

 Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Bardzo solidnie opracowana pozycja - mnóstwo, mnóstwo cudownych zdjęć z okropnymi opakowaniami przedmiotów, które oczywiście sama miałam, kupowałam i wyparłam z pamięci. Mnóstwo, mnóstwo cytatów z branżowych pism. Brak tektury, żyłek, folii aluminiowej, zła jakość barwników, niezamykające się słoiki, okropna blacha w konserwach i w tym świecie całkiem nieźli graficy, których projekty po wykonaniu nie przypominały samych siebie. 




Pełna emocji podróż w czasie. Nie wszystko jednak było złe wtedy, chociaż jeszcze o tym nie było wiadomo.

"Na łamach Opakowania z 1959 roku czytamy: Ziemniaki każda gospodyni kupuje co drugi, trzeci dzień, względnie raz w tygodniu większą ilość. Zakup ziemniaków związany jest ze specjalnym wybraniem się do odpowiedniego sklepu z koszem , siatką czy woreczkiem. Dokonanie zakupu bez uprzedniego zaopatrzenia się we własne opakowanie jest wręcz niemożliwe. Spojrzenie i odpowiedź sprzedawcy na prośbę o zważenie ziemniaków w torbę papierową jest tak wymowne, że największy optymista nie odważy się na powtórzenie tej prośby."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

60 lat później z podobnym spojrzeniem można się spotkać na prośbę zapakowania ziemniaków do własnej siatki, a tylko najwięksi optymiści wierzą w pokonanie wszechobecnego plastiku. Zero waste miało się w PRLu (z musu ale zawsze) lepiej, za to kolory zdecydowanie miały się gorzej. W zeszycie można było najwyżej namalować kolorowy szlaczek, nic dziwnego w sumie, że trochę rekompensuję sobie te kolory teraz. Zeszyty. No, można powiedzieć, że wpadłam we własne sidła. Kiedy tak popatrzyłam na te swoje zeszyty, poczytałam o Waszych zeszytach i porozmawiałam z koleżanką o jej zeszytach, temat sam zaczął się drążyć i rozwijać. I niespodziewanie, ale jakże przyjemnie wypłynęłam z zeszytami na głębokie wody, co w dobie Internetu i Allegro jest banalnie proste. Po dwóch dniach mąk moralnych wyłączyłam temat zeszytów z Roku Bez Zakupów, nawet ma to swoje prawne uzasadnienie jako siła wyższa, na wszelki wypadek nie sprawdzałam zbyt dokładnie. Nie wdając się zatem w szczegóły (i wydatki też nie), założyłam sobie Reading Journal (czyli w języku szkolnym zeszyt lektur), chociaż na początku wydawało mi się, że to zupełnie nie dla mnie. 


Najpierw był chaos twórczy, piórnik, nowe kredki (bo musiałam mieć ponumerowane), nowy stoliczek (bo nie dało się na dłuższą metę na kolanach prowadzić Journala) no i naklejki, naklejki i ozdobne taśmy, bo muszą być, wiadomo. Stoliczek przydaje się nie tylko do Journala ale do kawy i lektur bieżących:


Po tygodniu (albo dwóch) ciężkiej pracy wyłonił się Journal


Najpierw strona tytułowa, a zaraz potem pojawił się problem co dalej, bo ja uwielbiam ozdoby w dużych ilościach, ale jednak lubię jak coś jest poza tym. I po kolejnych dwóch tygodniach masowego oglądania filmików o journalach, po niezliczonych naradach z koleżanką i nieprzespanych świtach mam w swoim Journalu jedno wyzwanie 52 książki w roku


Kiedyś mi się wydawało, że to wyzwanie jest banalnie proste, ale zaraz potem okazało się, że mam lata, w których przeczytałam tylko kilkanaście książek, więc nie wiem jakie mam szanse tego roku, na razie idę zgodnie z planem. Przeczytane książki zaznaczam kolorem według skali ocen i dzięki temu zobaczę sobie na koniec czy czytałam ładne książki czy nie. 

Do wyzwania założyłam dla czystej już przyjemności strony z półeczkami:


Drugim punktem w Journalu jest Książkowe Lotto i to już wymyśliłam sama w związku z moim stosikiem książek do przeczytania. Od wielu lat kupowałam więcej niż czytałam, zakupy rozparcelowywałam na półkach, nie spiętrzały się więc ani w stosiki ani w wyrzuty sumienia. Ukazały się dopiero czarno na białym w procesie katalogowania (podczas którego przy każdej pozycji zaznaczam czy jest przeczytana). Katalogowanie doprowadziłam mniej więcej do połowy i ujawniły się 174 książki nieprzeczytane. Ostatnio czytam praktycznie tylko swoje książki, ale polega to na tym, że wybieram te, na które mam chęć. Przeważnie mam chęć na coś lekkiego, chudego, albo po prostu na to co jest w zasięgu wzroku. I tak niektóre książki są od lat spychane na koniec kolejki. Lotto ma im dać szansę. 

Przefiltrowałam wszystkie swoje wielkie nieprzeczytane i wydrukowałam listę


Dwa dni myślałam co z nią zrobić i z pomocą koleżanki (która już też ma swój Reading Journal) ustaliłam dwa losowania - pierwsze losowanie na rok 2023. Przewidziałam dwie losowane książki miesięcznie, czyli 20 tytułów (bo już marzec jest). Wylosowane numery pomalowałam na żółto, wpisałam w tabelkę; drugie losowanie jest na każdy miesiąc, czyli co miesiąc będę losować dwa tytuły z żółtych. Niespodziewanie okazało się to być świetną zabawą. Jest ekscytacja, niepokój i radość, zupełnie jakby się dostało prezent. W marcowym Lotto wypadł Kundera i Prokopiusz, do losowania okazały się idealne moje numeryczne markery. Nie wiem, kiedy w naturalny sposób przeczytałabym Prokopiusza, a tu proszę - przeczytam w marcu. 


Kunderę już przeczytałam - nie bolało, a czekał na półce od 2007 roku (Sic!). 


Na początku wydał mi się zbyt intelektualny, niektóre fragmenty były dla mnie nużące, ale w większości czytałam zafascynowana trafnością i wnikliwością. I to pomimo, że najwięcej odwołań jest do Kafki. Aż nabrałam ochoty na przeczytanie Zamku, chociaż lata temu przerwałam lekturę po kilkunastu stronach, tak bardzo mnie przygnębiła. Jednym słowem świetne eseje o powieści, o tłumaczeniach, o muzyce, jest też cień totalitaryzmu i sobie pomyślałam, że Kundera jest świetnym pisarzem, który w tak niewielu słowach potrafił tak wiele powiedzieć. 

Po Lotto Książkowym  wymyśliłam też losowanie autora miesiąca, ale na razie nie opracowałam jeszcze metody postępowanie z pisarzem wylosowanym. 

Poza pracami kreatywnymi, poza czytaniem i niegotowaniem, robiłam oczywiście na drutach. Robiłam kocyki dla wnucząt, widać je trochę pod opakowaniami i robiłam zielony boxy z Safranu. Wszytskie trzy robótki długofalowe, żadna się więc nie kończy, co mnie już trochę frustruje, bo już jest marzec. No nic, może dobrnę z nimi do mety. Do dziergania puszczam sobie radiową Dwójkę albo angielskojęzyczne podcasty włóczkowe i po obejrzeniu milion razy jak dziewiarki stosują znaczniki do liczenia rzędów, postanowiłam spróbować. Bo do tej pory rzędy zapisywałam sobie w notesiku, albo zaznaczałam na liczniku. Ten system ma dwie wady - trzeba pamiętać i trzeba odłożyć druty, żeby wziąć ołówek czy licznik. Markery zapina się co któryś rząd i nie sposób pominąć rzędu, bo każdy rząd jest zrobiony niezależnie czy się o nim pamięta czy nie. Spróbowałam i bardzo jestem zadowolona jak uprościło mi się dzierganie. Musiałam tylko raz się skupić i wykoncypować, który rząd jest pierwszy i jak liczyć te oczka, które są na drutach. Sama się zdziwiłam, jak bardzo to jest proste i czemu miałam z tym problem przez tyle lat. No ale widać nawet do najprostszych rzeczy trzeba dojrzeć i jednym to przychodzi szybko a innym wręcz przeciwnie. 


Opakowania zaznaczałam przepisem z PRLu, a Kunderę Pragą oczywiście.



Niedługo wiosna, śniegi pewnie odpuszczą i zimno czego sobie i Wam serdecznie życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!