niedziela, 25 czerwca 2023

Pałace, kubki, kolory i niekocyki

 


"A już, wierzcie mi, wprost rozpacz mnie ogarnia, kiedy do snu się rozbieram i pomyślę, że rano przyjdzie mi się znowu ubrać, a wieczorem znów rozebrać, rano ubrać, wieczorem rozebrać, ubrać, rozebrać, to już nieraz chciałbym dnia nie dożyć. Całe szczęście, że lokaj mi pomaga, bo sam nie miałbym chyba siły.

Jakież to wszystko nudne. Co to będzie? Co to będzie?"

Pałac, Wiesław Myśliwski

Pałac wylosowałam w swoim miesięcznym losowaniu moich spośród moich Wielkich Nieprzeczytanych i tym sposobem nie stał już na półce, gdzie od ośmiu lat albo od dziesięciu, dokładnie nie pamiętam, bo jak kolejka długa, to lata mijają nie wiadomo kiedy.

Pierwszą książkę Myśliwskiego dostałam w prezencie, przeczytałam, podobała mi się, drugą kupiłam ze względu na tytuł, bo jak nie zauroczyć się traktatem o łuskaniu? Przeczytałam, podobała mi się i potem już łatwym kupowaniem internetowym nakupiłam kolejne cztery, wszystkie miały śliczne okładki, chociaż tytuły już mniej śliczne, postawiłam je na półce i już nie przeczytałam. Aż przyszło losowanie i na Pałac padło.

Przeczytałam i też mi się podobało. Nie jest to mój ulubiony w tej chwili typ lektury, ale nie można odmówić Myśliwskiemu uroku, głębokiej refleksji, tajemnicy, płynnej narracji i wręcz lekko narkotycznego rytmu. Sprawnie wprowadza czytelnika w trans i to jednym tylko pastuchem Jakubem, który najpierw jest Jakubem, a potem dalej jest pastuchem ale trochę się przemienia w dziedzica. Oczywiście w swojej wyobraźni a może w wyobraźni autora, w sumie nie ma to żadnego znaczenia ani dla powieści ani nie miało dla mnie, cały ten ciąg sugestywnych dworskich obrazków, cały korowód osób przewijających się i te wszystkie rozmowy były wystarczająco ciekawe.

Jako że zdecydowanie nie mam lokaja, dbam bardzo o to, że mnie ominęła ta nuda kolejnych dni i nocy. A nudę można rozproszyć różnymi rzeczami, w tym między innymi kolorami. Jak pomyślałam, tak zrobiłam, zaopatrzyłam się w kredki i kolorowanki (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie z pewnością w kolejnych odcinkach, bo w sierpniu ów Rok się kończy). Jakieś kredki od wielu lat miałam, ale okazały się być kredkami męczącymi i nienajlepszymi (tak to właśnie jest, kiedy człowiek wgłębia się w różne tematy na YouTube), teraz mam niemęczące (Polychromos Faber Castel, bo zdjęcie jest poglądowe tylko) chociaż dalej dla amatorów.



Kolorowanki kupiłam różne, dla dorosłych i dla dzieci, ale te dla dzieci wolałabym chyba dać wnuczkom, bo nie wyobrażam sobie jak ja pomaluję tego Vermeera. Wnuczęta moje pomalowałyby taką Dziewczynę z perłą raz dwa. No trudno, zaczęłam od kolorowanek dla dorosłych, a Vermeera przepracowuję w sobie, że to nie będzie profanacja tylko…, no do tego jeszcze nie doszłam w zastanawianiu co.  


 

Do kolorowania kupiłam (podsumowanie Roku bez Zakupów będzie)s obie też kubek, który bardzo jest przydatny do przeganiania nudy, zwłaszcza że jest ręcznie ulepiony przez MiskiIzki z Łodzi. I trzeba wspierać lokalnych artystów, nie ma rady. Więc wsparłam (dwa razy)



Jakiś czas temu wygrałam niespodziewanie nagrodę główną na Instagramie, co prawda tematem konkurencji była największa wtopa dziewiarska, ale trudno, przepracowałam to w sobie, że dzierganie czyni mistrzów i że kiedyś będę, i że te trzy rękawy w swetrze to zrobiłam dawno temu i już się to nie powtórzy. Nagroda jest bardzo śliczna, trzyelementowa, przy czym część wełniana jest związana z Muminkami, co mnie cieszy jeszcze bardziej. 


Będą z niej skarpetki, ale najpierw zrobię sweterek. 


Sweterek zaczęłam od próbki i już bez wyrzutów sumienia, bo kocyki dla wnucząt skończone, wymagają tyko dorobienia pomponów i pochowania nitek. Robię więc wreszcie niekocyk, mam kawałek ściągacza (sweter robiony jest od dołu, raz tylko robiłam i wspomnienia mam nieco traumatyczne, ale to było w epoce trzech rękawów, więc dawno, teraz może pójdzie łatwiej) i tak sobie myślę, że odkąd wpisałam te kilogramy liczne moich włóczek w tabelki, to wydaje mi się, że one już przerobione są. To bardzo przyjemne uczucie, co prawda zaczynają wtedy po głowie chodzić nowe włóczki, ale Rok bez Zakupów jeszcze się nie skończył, ale o nim będzie. Tymczasem napadało dużo deszczu, ale dziś wyszło słońce, roślinność ozdobna i jadalna wymyta i żywa, można się cieszyć nią i spożywać, czego sobie i Wam życzę, dobrego dnia!

I niezmiennie dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, a Pałac zakładałam zakładką z parkiem jakby pałacowym trochę i letnim.    


sobota, 17 czerwca 2023

Fantazje w przerwach


 

„Godny pożałowania zwyczaj brzdąkania (fantasieren) na instrumentach w czasie przerw w graniu, zwłaszcza podczas recytatywów w muzyce kościelnej, jest haniebny, gdyż wprowadza Mischmasch dla słuchaczy, powodując u nich takie przykre dolegliwości utrudniające odbieranie muzyki jak ból zębów czy kłucie w boku.”

Muzyka w Zamku Niebios, John Eliot Gardiner

Bach jaki jest każdy słyszy. Na pewno nie powoduje bólu zębów czy kłucia w boku, chociaż niewykluczone, że od wykonania jego własnych kompozycji kłuło go w boku i rzucał w nerwach perukę na ziemię. Nie ma łatwo taki geniusz, który słyszy każdy fałsz, a czasu na próby nie ma za wiele. Nie miał też łatwo z przełożonymi, którzy albo nie rozumieli kogo zatrudniają, albo skąpili pieniędzy, a nieraz jedno i drugie. Nie miał łatwo z publicznością, która się spóźniała, witała i przechadzała w czasie muzyki. Ciekawe czy Bach teraz, siedząc na pewno u boku pana Boga cieszy się z tych trudów i starań z jakimi jego muzyka jest wykonywana dziś. Kiedy pojawiła się „Muzyka w Zamku Niebios”, od razu ją kupiłam (na gwiazdkę, ale mój Rok bez Zakupów będzie jeszcze omawiany w kolejnych odcinkach), bo spodziewałam się, że skoro napisał ją dyrygent, a dyrygent musi porywać, więc ta książka również porywa. Napisana z pasją, werwą, humorem, zdobiona świetnymi metaforami,  żywo prowadzoną narracją i widoczną erudycją autora. Jest dodatkowo pięknie wydana z licznymi ilustracjami i obszernymi indeksami oraz bibliografią.

Zwłaszcza indeks dzieł Bacha jest istotny, bo można sobie usiąść z płytą albo Internetem, puścić jakąś kantatę czy BWV (dzieło Bacha), co jest bardzo łatwe, bo wszystkie są ponumerowane i przeczytać czego dokładnie się słucha. Gdzie jest wesoło (to nawet ja jestem w stanie zauważyć), gdzie jest smutno, gdzie jest protestancko, gdzie katolicko bardziej, gdzie ironicznie a gdzie bardzo nabożnie.

Czytałam z przerwami dwa miesiące, ale warto było. Mimo niektórych fragmentów dla mnie niezrozumiałych, bo bardzo technicznych. No ale dla mnie wszystko chociaż odrobinę muzyczne, czy to nuta, szesnastka, klucz, interwał, jest niezrozumiałe, niestety.

Bach twierdził, że każdy może osiągnąć to co on, tylko musi ciężko pracować. Jest to w sumie pocieszające, no chyba, że trzeba byłoby pracować przez miliony lat. Na wszelki wypadek więc nie zabrałam się za komponowanie, ale w swojej skromności i zdrowym rozsądku dalej dziergałam kocyk. Kocyk jaki jest, wiadomo, duży, długi i długotrwały, więc na raz po prostu nie da się wytrzymać, trzeba zrobić przerwę dla głowy i dla rąk. Przerwa jest o tyle bezpieczna, że robi się ją szybko i w natchnieniu, jak to na ogół bywa po wyrwaniu się na przerwę. Szczęśliwie moje fantasieren w przerwach nie było karalne. (Tylko moja ulubiona ciocia mówiła w tle - rób kocyk!)



Tym razem po Safranie zielonym nastał Safran czerwony, a właściwie fuksjowy. Według wzoru Sunshine coast. Jak zaczęłam, tak zrobiłam korpus, zostały mi tylko rękawy, ale te już grzecznie czekają na koniec kocyka, Koniec jest bliski, bo za około trzydzieści centymetrów. Natomiast kupiony na Ravelry wzór bardzo mi się spodobał. Jest napisany cudownie jasno, są ponumerowane markery, co znacznie ułatwia orientację w rękawach i przodach, po każdej akcji jest podana liczba oczek jaką powinniśmy mieć na drutach – po prostu mistrzostwo wzoru (myślę, że rękawy opisane podobnie, bo jeszcze nie czytałam). W związku z ponumerowaniem markerów, wykorzystałam swoje markery z cyframi i dołożyłam litery. W ten sposób zawsze wiedziałam, gdzie jest SSK a gdzie K2tog oraz inne tego typu YO czyli narzuty. 

Zaoszczędzony na zerkaniu w opis czas będę mogła wykorzystać na pracę nad sobą, liczenie włóczek czy haftowanie albo inne hobby.

Sweterek zapowiada się bardzo użytecznie i miło do sukienki letniej. Bo przecież w końcu przyjdzie czas, że letnie sukienki wyjmiemy z szafy, czego sobie i Wam życzę.

Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze – dobrego dnia!

Ps. Długo myślałam czym założyć Bacha i w końcu wybrałam ptaki, no bo one jednak chyba najbardziej wytrzymują poziom muzyczny.



sobota, 10 czerwca 2023

Przemiany w tabelkach

 

„Na przykład Nikołaj Tołstoj, poszukując powodów powodzenia bajkowego Bułeczki w czasie ucieczki, doszedł m. in. do wniosku, iż nietykalność zapewniała mu powtarzana w sytuacji zagrożenia piosenka o procesie jej tworzenia. Skonstruowana była bowiem na wzór ludowych pieśni o kreacji, stanowiących werbalną ochronę w czasie obrzędów.”

Bajka zwierzęca w tradycji ludowej i literackiej

Uwielbiam takie wnioski, tak jak zwykła mała odciśnięta w skale skorupka odkrywa nagle morskie otchłanie w zwykłych górach, tak pieśń o kreacji otwiera otchłanie czasu i obyczaju w zwykłych bajeczkach. Dla takich fragmentów warto było przeczytać ten zbiór artykułów na temat zwierząt w bajkach. Sama książka wydana niedbale dosyć, brak indeksów, brak bibliografii, część tekstów mnie wynudziła. Okładka za to prześliczna no i parę takich perełek. Było też o Brzechwie, o Leśmianie, o wilkach, o Domeczku (jak ja nie lubiłam tej bajki, nic dziwnego, bo w Domeczku zagnieździło się samo chtoniczne plugastwo), o niedźwiedziu i o przemianach, bo przemiany w bajce muszą być.

Osobiście też bardzo chciałabym się przemienić z Czajki prokrastynującej, zasypanej licznymi hobby i próżnej w Czajkę pracowitą, zorganizowaną, systematyczną i panującą nad zapasami. W mądrości przybywającej bez zasługi a tylko z racji przybywających lat zauważyłam, że nie ma co czekać na magiczną przemianę, na jakieś wróżki czy niedźwiedzie, trzeba się za nią wziąć osobiście i własnoręcznie. Jako umysł poniekąd ścisły wymyśliłam sobie różne niemagiczne ale pomocne tabelki, harmonogramy i wykresy.

Nie tak dawno, w kwietniu, wzięłam udział w pewnym internetowym wyzwaniu, które polegało na przerobieniu w ciągu miesiąca 200 gramów włóczki ze swoich zapasów. 200 gramów w zapasach miałam, a jakże, nawet niejedno, zaczęłam więc dziergać i ważyć i przy okazji zaczęłam zastanawiać się ile zapasów tak naprawdę mam i ile włóczki przerabiam miesięcznie, ile czasu poświęcam na dzierganie, szłam do kuchni ugotować obiad i tak myślałam, w końcu wyjęłam wagę, wyjęłam komputer, obiadu nie ugotowałam, ale za to mam teraz prześliczną tabelkę, w której widzę jak na dłoni, że zapasów mam na cztery lata niespełna (więc nie tak źle, jest duża szansa przerobić), dziennie dziergam zaskakująco mało, myślałam, że cały dzień, a tu nie. Trochę mi wstyd się przyznać, ale trudno, czas mierzę minutnikiem. I nawet nie jest to czysta fiksacja, ale pomaga mi się skupić na dzierganiu bez ciągłego sprawdzania co nowego w Internecie. Włączam sobie minutnik na godzinę i wpisuję w notatnik w telefonie, raz w tygodniu wpisuję w tabelkę. Tabelka liczy mi ile zrobiłam w roku robótek, ile wyrobiłam gramów, ile poświęciłam godzin i ile kupiłam (brakło mi na kocyki i musiałam). Nie wiem, czy tabelka przemieniła mnie całkiem i na stałe, ale bardzo się z nią lubię póki co. W jakimś stopniu poczułam się odgruzowana z motków i widzę naocznie jak ich ubywa.

 


Widzę też, że w tym roku przeważnie robię kocyki dla wnucząt - pod nazwą robótki jest liczba godzin. Kocyki są pełnowymiarowe i nie da się ich robić bez przerwy, trzeba mieć małą odskocznię, żeby się nie znudzić i nie przygnębić. Jedną odskocznią był zielony boxy sweter z Safranu. Robił się bardzo szybko, może dlatego właśnie, że był odskocznią i ucieczką. 




Bardzo jest milutki, lejący i wygodny. 

Teraz mam kolejną odskocznię, w kolorze fuksji, brakuje jej tylko rękawów, ale o niej w kolejnym odcinku. Może rękawy zrobię po kocykach, jeden praktycznie skończony poza chowaniem nitek i pomponami, drugiemu brakuje pół metra. Powinnam szybko zrobić, bo za oknem na ogół pada. I grzmi. Taki wywczas.


Mam nadzieję, że u Was bardziej słonecznie i mniej burzowo i mam nadzieję że moje przemiany powiodą się przynajmniej w zakresie blogowej systematyczności. Dziękuję Wam za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 12 marca 2023

Opakowanie czyli Journal

 


"Młoda dekoratorka i jej kierownik zjawiają się w swoich sklepach raz w miesiącu. Zdejmują z wystaw starą ekspozycję, następnie wykładają witrynę papierem w kolorowy deseń, a na uroczyste okazje - tapetą. On projektuje dekoracje, ona podaje szpilki do ich przymocowania. On rozkłada kartoniki z wypisanymi wcześniej własnoręcznie cenami towarów. Ona przynosi makarony, owsianki, proszki do prania, puszki i wszystko to, z czego można budować piramidy."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Te piramidy! Jaki to był szczyt dekoracyjnego wyrafinowania, zwłaszcza gdy były z bombonierek i czekolad. Podobnie jak niewzruszone butelki po mleku i śmietanie wypełnione solą. Dzieci grały w kapsle, a w puszkach po landrynkach przechowywało się guziki. W moim barku ( a właściwie barku rodziców) przez wiele lat na święta myłam zakurzone butelki po lepszych alkoholach i ponownie zalewałam świeżą wodą; szkoda było wyrzucić, wszystko co wtedy nie było szare i pakowe stanowiło śliczny element upiększający.

"To pewne, że żaden rodak nie pozbyłby się opisanych wyżej butelek po wypiciu zawartości - podobnie jak bohater Dziewczyn do wynajęcia (1972) Janusza Kondratiuka. W filmie pojawia się szczególna scena, w której bohaterki i ich absztyfikanci trafiają do mieszkania kelnera granego przez Zbigniewa Buczkowskiego. Po wychyleniu kieliszków okazuje się, że buteleczki wypełnia nie alkohol, lecz kolorowa woda, jednak bohaterka grana przez Ewę Szykulską broni tego pomysłu, mówiąc: Bardzo pomysłowe. Elegancko wygląda".

 Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

Bardzo solidnie opracowana pozycja - mnóstwo, mnóstwo cudownych zdjęć z okropnymi opakowaniami przedmiotów, które oczywiście sama miałam, kupowałam i wyparłam z pamięci. Mnóstwo, mnóstwo cytatów z branżowych pism. Brak tektury, żyłek, folii aluminiowej, zła jakość barwników, niezamykające się słoiki, okropna blacha w konserwach i w tym świecie całkiem nieźli graficy, których projekty po wykonaniu nie przypominały samych siebie. 




Pełna emocji podróż w czasie. Nie wszystko jednak było złe wtedy, chociaż jeszcze o tym nie było wiadomo.

"Na łamach Opakowania z 1959 roku czytamy: Ziemniaki każda gospodyni kupuje co drugi, trzeci dzień, względnie raz w tygodniu większą ilość. Zakup ziemniaków związany jest ze specjalnym wybraniem się do odpowiedniego sklepu z koszem , siatką czy woreczkiem. Dokonanie zakupu bez uprzedniego zaopatrzenia się we własne opakowanie jest wręcz niemożliwe. Spojrzenie i odpowiedź sprzedawcy na prośbę o zważenie ziemniaków w torbę papierową jest tak wymowne, że największy optymista nie odważy się na powtórzenie tej prośby."

Opakowania czyli perfumowanie śledzia, Katarzyna Jasiołek

60 lat później z podobnym spojrzeniem można się spotkać na prośbę zapakowania ziemniaków do własnej siatki, a tylko najwięksi optymiści wierzą w pokonanie wszechobecnego plastiku. Zero waste miało się w PRLu (z musu ale zawsze) lepiej, za to kolory zdecydowanie miały się gorzej. W zeszycie można było najwyżej namalować kolorowy szlaczek, nic dziwnego w sumie, że trochę rekompensuję sobie te kolory teraz. Zeszyty. No, można powiedzieć, że wpadłam we własne sidła. Kiedy tak popatrzyłam na te swoje zeszyty, poczytałam o Waszych zeszytach i porozmawiałam z koleżanką o jej zeszytach, temat sam zaczął się drążyć i rozwijać. I niespodziewanie, ale jakże przyjemnie wypłynęłam z zeszytami na głębokie wody, co w dobie Internetu i Allegro jest banalnie proste. Po dwóch dniach mąk moralnych wyłączyłam temat zeszytów z Roku Bez Zakupów, nawet ma to swoje prawne uzasadnienie jako siła wyższa, na wszelki wypadek nie sprawdzałam zbyt dokładnie. Nie wdając się zatem w szczegóły (i wydatki też nie), założyłam sobie Reading Journal (czyli w języku szkolnym zeszyt lektur), chociaż na początku wydawało mi się, że to zupełnie nie dla mnie. 


Najpierw był chaos twórczy, piórnik, nowe kredki (bo musiałam mieć ponumerowane), nowy stoliczek (bo nie dało się na dłuższą metę na kolanach prowadzić Journala) no i naklejki, naklejki i ozdobne taśmy, bo muszą być, wiadomo. Stoliczek przydaje się nie tylko do Journala ale do kawy i lektur bieżących:


Po tygodniu (albo dwóch) ciężkiej pracy wyłonił się Journal


Najpierw strona tytułowa, a zaraz potem pojawił się problem co dalej, bo ja uwielbiam ozdoby w dużych ilościach, ale jednak lubię jak coś jest poza tym. I po kolejnych dwóch tygodniach masowego oglądania filmików o journalach, po niezliczonych naradach z koleżanką i nieprzespanych świtach mam w swoim Journalu jedno wyzwanie 52 książki w roku


Kiedyś mi się wydawało, że to wyzwanie jest banalnie proste, ale zaraz potem okazało się, że mam lata, w których przeczytałam tylko kilkanaście książek, więc nie wiem jakie mam szanse tego roku, na razie idę zgodnie z planem. Przeczytane książki zaznaczam kolorem według skali ocen i dzięki temu zobaczę sobie na koniec czy czytałam ładne książki czy nie. 

Do wyzwania założyłam dla czystej już przyjemności strony z półeczkami:


Drugim punktem w Journalu jest Książkowe Lotto i to już wymyśliłam sama w związku z moim stosikiem książek do przeczytania. Od wielu lat kupowałam więcej niż czytałam, zakupy rozparcelowywałam na półkach, nie spiętrzały się więc ani w stosiki ani w wyrzuty sumienia. Ukazały się dopiero czarno na białym w procesie katalogowania (podczas którego przy każdej pozycji zaznaczam czy jest przeczytana). Katalogowanie doprowadziłam mniej więcej do połowy i ujawniły się 174 książki nieprzeczytane. Ostatnio czytam praktycznie tylko swoje książki, ale polega to na tym, że wybieram te, na które mam chęć. Przeważnie mam chęć na coś lekkiego, chudego, albo po prostu na to co jest w zasięgu wzroku. I tak niektóre książki są od lat spychane na koniec kolejki. Lotto ma im dać szansę. 

Przefiltrowałam wszystkie swoje wielkie nieprzeczytane i wydrukowałam listę


Dwa dni myślałam co z nią zrobić i z pomocą koleżanki (która już też ma swój Reading Journal) ustaliłam dwa losowania - pierwsze losowanie na rok 2023. Przewidziałam dwie losowane książki miesięcznie, czyli 20 tytułów (bo już marzec jest). Wylosowane numery pomalowałam na żółto, wpisałam w tabelkę; drugie losowanie jest na każdy miesiąc, czyli co miesiąc będę losować dwa tytuły z żółtych. Niespodziewanie okazało się to być świetną zabawą. Jest ekscytacja, niepokój i radość, zupełnie jakby się dostało prezent. W marcowym Lotto wypadł Kundera i Prokopiusz, do losowania okazały się idealne moje numeryczne markery. Nie wiem, kiedy w naturalny sposób przeczytałabym Prokopiusza, a tu proszę - przeczytam w marcu. 


Kunderę już przeczytałam - nie bolało, a czekał na półce od 2007 roku (Sic!). 


Na początku wydał mi się zbyt intelektualny, niektóre fragmenty były dla mnie nużące, ale w większości czytałam zafascynowana trafnością i wnikliwością. I to pomimo, że najwięcej odwołań jest do Kafki. Aż nabrałam ochoty na przeczytanie Zamku, chociaż lata temu przerwałam lekturę po kilkunastu stronach, tak bardzo mnie przygnębiła. Jednym słowem świetne eseje o powieści, o tłumaczeniach, o muzyce, jest też cień totalitaryzmu i sobie pomyślałam, że Kundera jest świetnym pisarzem, który w tak niewielu słowach potrafił tak wiele powiedzieć. 

Po Lotto Książkowym  wymyśliłam też losowanie autora miesiąca, ale na razie nie opracowałam jeszcze metody postępowanie z pisarzem wylosowanym. 

Poza pracami kreatywnymi, poza czytaniem i niegotowaniem, robiłam oczywiście na drutach. Robiłam kocyki dla wnucząt, widać je trochę pod opakowaniami i robiłam zielony boxy z Safranu. Wszytskie trzy robótki długofalowe, żadna się więc nie kończy, co mnie już trochę frustruje, bo już jest marzec. No nic, może dobrnę z nimi do mety. Do dziergania puszczam sobie radiową Dwójkę albo angielskojęzyczne podcasty włóczkowe i po obejrzeniu milion razy jak dziewiarki stosują znaczniki do liczenia rzędów, postanowiłam spróbować. Bo do tej pory rzędy zapisywałam sobie w notesiku, albo zaznaczałam na liczniku. Ten system ma dwie wady - trzeba pamiętać i trzeba odłożyć druty, żeby wziąć ołówek czy licznik. Markery zapina się co któryś rząd i nie sposób pominąć rzędu, bo każdy rząd jest zrobiony niezależnie czy się o nim pamięta czy nie. Spróbowałam i bardzo jestem zadowolona jak uprościło mi się dzierganie. Musiałam tylko raz się skupić i wykoncypować, który rząd jest pierwszy i jak liczyć te oczka, które są na drutach. Sama się zdziwiłam, jak bardzo to jest proste i czemu miałam z tym problem przez tyle lat. No ale widać nawet do najprostszych rzeczy trzeba dojrzeć i jednym to przychodzi szybko a innym wręcz przeciwnie. 


Opakowania zaznaczałam przepisem z PRLu, a Kunderę Pragą oczywiście.



Niedługo wiosna, śniegi pewnie odpuszczą i zimno czego sobie i Wam serdecznie życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

niedziela, 19 lutego 2023

Kolejki i katalogi

 


"Przy łóżku na stoliku leżały dwa luidory, wszystko, co zostało z zarobionych milionów. Pewnego dnia wziął je do ręki, obejrzał i rzekł: Aleksandrze, wszyscy mówili, że byłem rozrzutnikiem, ty sam napisałeś o tym sztukę sztukę. No i proszę. Widzisz, jak nie miano racji? Kiedym wylądował w Paryżu, miałem w kieszeni dwa luidory. Spójrz... wciąż je mam."

Trzej panowie Dumas, André Maurois

Długo czekali na swoją kolejkę ci trzej panowie Dumas, jakoś podskórnie czułam, że będzie trudno, może nudno, może nic nowego. Wpadli w ręce w czasie katalogowania i pomyślałam - czemu nie. Niespodziewanie poczułam się jak w kolejce. W kolejce górskiej. Różnica była tylko taka, że z kolejki górskie chciałoby się czasami wysiąść a nie można, z tej biografii wysiadać się w ogóle nie chciało. Cała reszta była taka sama. Wzloty, upadki, rozmach, piski, śmiechy i tempo, tempo, tempo. 

 André Maurois potrafi pisać porywająco, a Dumas dostarczyli mu tematu (może poza synem, który był najbardziej nijaki, zupełnie jednak jak nie kolejka górska tylko podmiejska raczej, choć z Paryża). 

Generał Dumas (czyli ojciec ojca Dumas) sam jeden mógłby starczyć za trzech muszkieterów łącznie nawet z d'Artagnanem, taki był odważny i waleczny. Ogromne zaskoczenie. Takich zaskoczeń zresztą było tu mnóstwo (dla mnie przynajmniej). Myślałam, że Dumas to francuskie nazwisko, a tu nie, czarnej niewolnicy i to ona przyczyniła się do bujnych loczków w tej rodzinie. Myślałam, że jako generałowi żył dobrze i dostatnio, ale nie, okazało się że Napoleon nie był do końca taki miłościwy dla swoich żołnierzy. A potem już nic nie myślałam, tylko patrzyłam w osłupieniu jak Dumas ojciec z dwoma luidorami przyjeżdża do Paryża i go podbija. Patrzyłam na wirujący korowód jego kochanek i pojawiających się dzieci. I patrzyłam na pojawiające się dziesiątkami sztuki teatralne i powieści. 

Nie napisał ich trzech, ale, niczym francuski Kraszewski, bardzo bardzo dużo. Tak, to prawda, pomagali mu, ale to on dodawał do nich tej ożywczej szczypty geniuszu i to dzięki niemu d'Artagnan dla nas zawsze będzie równie prawdziwy jak Portos, hrabia Monte Christo czy kardynał Richelieu. Bardzo oszałamiająca biografia. 

A kiedy już wyszłam z oszołomienia, napisała do mnie koleżanka, że chce kupić trochę bawełny i nie jest pewna jaki chce kolor. Wyciągnęłam zatem swój Safran, wywaliłam na kanapę i spojrzałam w lekkim oszołomieniu. Przy okazji chciałam zdementować plotki, jakoby publikowane przeze mnie niedawno motki na kocyki dziecięce były całym moim zapasem włóczek. Nie, mimo że zajmowały całą kanapę, to była tylko wełna Merino. A teraz patrzyłam na te motki bawełniane, które kupiłam z zamiarem produkcji (masowej chyba) zabawek, do której nigdy nie doszło. I co ja sobie myślałam wtedy i co ja mam z tego zrobić? 


Oddzieliłam rodzinę zieleni od czerwieni 


i olśniło mnie, że mogę zrobić sweter boxy, o którym marzyłam już od tak dawna, że pewnie niedługo wyjdzie z mody. Boxy jest swetrem wysoce niewygodnym do kurtki, bo ma znaczne nadmiary po bokach i pod pachami, ale na lato, kiedy zdarza się kurtki nie używać, jak najbardziej może być. Wizja tej włóczki w tym wzorze była tak bardzo natrętna, że od razu wrzuciłam ją na druty. 


Zaczęłam przerabiać i nie zraziło mnie nawet przerabianie dookoła dekoltu, chyba już się przyzwyczaiłam i nawet orientuję się gdzie jest co w tym kłębowisku.


W dodatku pojawił się plan na zwariowanie energetyczny sweterek w czerwieniach i różach i z mieniącą się nitką, i cóż z tego, że jestem emerytką, na szczęście moda dla starszych pań jest obecnie znacznie bardziej łaskawa. Kocyki trochę czekają w kolejce. 

Oczywiście nie samymi książkami ani drutami człowiek żyje, żyje też trochę katalogowaniem.





Trochę to dla mnie bolesny proces, bo ja czasami mogę mieć niepozmywane, niezamiecioną podłogę nawet mogę mieć, ale książek w nieładzie nie mogę. Zacisnęłam jednak zęby i kontynuuję, wizualizuję sobie koniec katalogowania i to mnie pociesza. Na razie dobrnęłam do pozycji numer 400 i nie wiem czy daleko jeszcze.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie byłam szczęśliwą emerytką, mój kolega z pracy, który słuchał codziennie moich opowieści o minimalizowaniu, organizowaniu, systemach przechowywania i układania, powiedział, że w moim przypadku ten proces się nigdy nie skończy. Oburzyłam się, no ale nie wiem w sumie. Bo ciągle na horyzoncie pojawia się lepszy i przyjemniejszy system, Tak więc poza czytaniem, dzierganie, katalogowaniem, poza prowadzeniem Notesu kochanej babci, poza gotowaniem i niezamiataniem podłogi, znowu organizuję swoje zakładki.

Cztery lata temu je bardzo dobrze zorganizowałam , utrzymywały się w porządku przez cały ten czas, ale system miał dwie wady - był w plastikowych koszulkach i wymagał nieco trudu przy wyciąganiu i nieco więcej przy odkładaniu zakładki na miejsce. Cztery lata mi zajęło wpadnięcie na to, żeby wyeliminować koszulki i zakładki wsadzić bezpośrednio do grubszego szkicownika. Ja głęboko wierzę, że nadejdzie ten moment, kiedy wszystko będę miała skatalogowane i ułożone idealnie, ale na razie proces trwa. Chwilowo jest tak:


ale wkrótce będzie tak:


Stanowczo za dużo poświęcamy czasu na jedzenie i sen. No i zakupy też. Trudno, a skoro przy zakładkach jestem, to panów Dumas zakładałam panią


z drugiej strony też jest ślicznie


czego sobie i Wam wszystkim życzę. Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

czwartek, 9 lutego 2023

Szał w zeszytach, koce i len

 


"Idą po moście, pień taszcząc wielki.

Mięśnie napięte mają i szelki

(z wysiłku mało nie zgubią spodni).

Idą przy świetle smolnych pochodni.

Nienawiść mają w oczach i zębach.

Gdybym tam był - to bym był ich się bał.

Kiedy we wrota łupną taranem,

pewno po Bestii będzie nad ranem..."

Jeremi Przybora małoletnim i stuletnim

Małoletnie wnuczki i ja może nie stuletnie ale na najlepszej drodze no i Przybora, kto by się oparł. Dodatkowo są duże obrazki, są małe obrazki i różne ozdoby ilustracyjne. Przybora opowiada trochę prozą, trochę wierszem (niektóre trudno wymówić - "to bym był ich się bał" ćwiczę od dawna i nie bardzo mi się udaje, ale jaka piękna fraza), trochę śmiesznie, trochę poważnie. I z wyczuciem. Nudziłam się jedynie przy Alicji, no ale ja w ogóle trochę się nudzę przy oryginale, Alicję lubię tylko w cytatach - takie skrótowe opowiadanie nie pomogło. W sumie jednak przyjemnie spędzone dwa dni. Bajek mamy cały przekrój - od Kopciuszka po Królewicza i żebraka, którego nabrałam chęci przeczytać ponownie po pięćdziesięciu trzech (sic!) latach.

Zanim jednak do tego dojdzie, nadal robię kocyki - teraz już dwa.


Podejrzewam bowiem, że po skończeniu różowego dla wnuczki nie miałabym odwagi tak od razu zacząć niebieski dla wnuczka (stereotypowo w kolorach, ale co tam). 

Kocyki robi się długo i na ogół zawsze jest jeszcze daleko do końca, więc dla oddechu złapałam lniane moteczki, które siedziały w pudłach od chyba ośmiu lat. Z tym czasem to ostatnio jakaś katastrofa jest - nie można normalnie odmierzać w tygodniach czy nawet w miesiącach, tylko od razu jest dziesięć albo wręcz pół wieku. A jakby to ładnie było - kupiłam włóczkę miesiąc temu i tydzień temu skończyłam sweter. No trudno, kupiłam włóczkę lnianą osiem lat temu, wzór (w ogóle nie do tej włóczki, tylko do nieokreślonej jakiejś) dwa lata temu i na stronie Ravelry okazało się, że jedno do drugiego pasuje. Lovenote z Bomull Lin Dropsa.

Robię na drutach grubych, więc w miarę szybko by szło, gdyby nie to, że włóczka ma strukturę jak sznurek konopny - bardzo nieprzyjemną. Po praniu trochę zmięknie, więc staram się nie zważać na dyskomfort dziergania. W bluzce używam żyłek bardzo w modzie ostatnio, można kupić zagraniczne (bardzo drogie), ja kupiłam u Lovieczki (bardzo niedrogie)


   Komfort przymierzania z tymi żyłkami jest bardzo wysoki, od razu powiem, że nie udało mi się przeciągnąć jej w dzianinie robionej cienkimi drutami (na przykład dwójkami), ale może nie znam się. W tej bluzce bardzo łatwo przeszło (żyłkę nadziewa się na czubek drutu i wciąga w gąszcz oczek).

Robię więc teraz prawe oczko za prawym, myśli puszczone mam luzem, przychodzą sobie i odchodzą swobodnie i jedna była o organizowaniu. Bo ja tak organizuję i organizuję (mój kolega w pracy twierdził, że to się nigdy nie skończy) i, zastanowiłam się, czy coś już zorganizowałam i czy to ma sens. Okazało się, że tak, zorganizowałam i że miało sens. 

Jedną z pierwszych zorganizowanych rzeczy były papiery bardzo ważne i mniej ważne, które na początku mojej dorosłości składałam na stertę a z czasem na kilka stert. Jakieś dwadzieścia pięć lat temu (a nie mówiłam, jakaś zgroza z tym czasem) wywiozłam wszystkie sterty na letnisko i pół wakacji poświęciłam na segregowanie. Nie było to przesadnie bolesne, siedziałam sobie pod sosną, ptaszki śpiewały, słońce świeciło, wiatr igrał z różnymi świadectwami pracy, podatkami i umowami. Posortowane papiery wsadziłam w segregatory, opisałam i tak trwają do dzisiaj. Oczywiście, co jakiś czas wymagają drobnej interwencji, część mogłam już wyrzucić, wymieniłam im też segregatory (naprawdę ten otworek w grzbiecie jest bardzo wygodny przy wyciąganiu). Czy to miało sens? Miało, bo nie dalej jak dziś rano Czajkomąż niepewnie zapytał, czy dałoby się znaleźć jego receptę na okulary sprzed pięciu lat. No oczywiście i nie jest to kwestia znalezienia, ale wyjęcia z kieszeni teczki o napisie "Medyczne". No, Czajkomąż był pod wrażeniem. 

Od kilku lat też mam samoutrzymujący się porządek w kuchennych szafkach, ale tu zasada była prosta - każdy sprzęt dostał swoje miejsce. Co zresztą dotyczy wszystkiego organizowanego.


Udało mi się też stopniowo, i też trwało to latami, zorganizować moje zeszyty. Ach, zeszyty... 


Mieszkają sobie w zimowej torebce (na to też wpadłam niedawno, wcześniej przechowywałam je w stosiku i wyciągałam, przy czym zasada jest taka, że ten którego się potrzebuje jest zawsze pod spodem)


Zeszyty. Moja ogromna słabość, nie wiem co w tym jest, ale zawsze wielbiłam sklepy papiernicze. Pociągały mnie bardziej nawet od sklepu z cukierkami, a na mojej ulicy, mimo szarego Peerelu był sklep bogato wyposażony w kolorowe bombonierki, pudełka z groszkami oraz zapakowanymi w gustowne prostopadłościany iryski. No i dropsy w rulonach, wiadomo. Landrynki w puszkach i celofanowych torebkach. Ale zeszyty, ołówki, długopisy, notesiki miały w sobie jakąś obietnicę. Chociaż od zawsze nie bardzo miałam co w nich zapisywać. Była moja pierwsza i jedyna powieść; miałam osiem lat a powieść zajęła niecałe dwie strony cienkiego zeszytu, nie była więc przesadnie rozbudowana. Króliczek poszedł do lasu, ale zaraz wrócił. Z przyjaciółką założyłyśmy też encyklopedię, która zakończyła się na kilku hasłach, ponieważ hasło "trawa' i opis "trawa jest zielona" tak nas rozśmieszyło, że dalsza praca była niemożliwa, i pomyśleć, że mogłyśmy zostać nowymi Diderotami. Prowadziłam też latami (ale niezbyt systematycznie) pamiętniki w standardowych, burych, stukartkowych zeszytach. Nie przetrwały do dzisiaj, nic w nich porywającego raczej nie było, może tylko koloryt tamtych lat, ale pewnie niezbyt wyraźny. 

Potem miałam już tylko zeszyt z przepisami kulinarnymi, chciałam zerwać z rodzinną tradycją przechowywania przepisów na milionach karteczek (słyszałam, że ludzie między innymi dzielą się na zeszytowych i kartkowych, nie ma w tym nic złego ani dobrego, ja jestem zdecydowanie zeszytowa). Mój obecny zeszyt (kiedyś o nim chyba wspominałam), to mój czwarty zeszyt i wygląda na to, że już z niego się nie przeprowadzę. Pierwszy (założyłam go 32 lata temu) był okropnie brzydki, chociaż gruby, drugi był kiepskiej jakości, chociaż ręcznie robiony, trzeci był za mało ozdobiony jak na moje potrzeby. Ja lubię jak jest ozdobione, co na to poradzę. Mam to po babci chyba, która też lubiła ozdoby, miała śliczne wycięte kwiatki przyklejone na starych kafelkach i zawsze miała broszkę. Teraz zeszyt kulinarny jest ozdobiony w sam raz i przyjemnie mi się go przegląda nawet kiedy nie szukam przepisów.

Pod wpływem "Biegnącej z wilkami" założyłam sobie dwa zeszyty - jeden do zapisywania przeczytanych książek; zapisywanie książek - koncepcja, która mnie kiedyś (czterdzieści lat temu) bardzo śmieszyła, bo jak można nie pamiętać tego, co się przeczytało? Okazało się że jak najbardziej można. Zaczęłam w zwykłym zeszyciku jak niegdysiejsze zeszyty do słówek (kto pamięta te małe zeszyty do słówek? Nigdy nie używałam ich do słówek, ale miałam zawsze bo były takie słodkie w formacie - z wyglądu brzydkie oczywiście), i po latach przeprowadziłam się do luksusowego notesu z Muchą (Alfonsem) na okładce i w którym zapisuję przeczytane książki nieprzerwanie od 2004 roku (nie do wiary!). Czy jest przydatny? Trochę tak, a trochę nie. Ale nie zajmuje to w ogóle czasu (pomijając to przepisanie), więc nie rezygnuję.  


 
  Drugi zeszyt po "Biegnącej..." to mój zeszyt z cytatami - nie są to złote myśli, ale po prostu fragmenty, który mnie zauroczyły). Też się przeprowadzałam ze zwykłego grubego zeszytu w okładce w kratkę do luksusowego notesu w arabskie mazaje. Zapełniam już drugi tom.
Założyłam też zeszyt robótkowy praktycznie zaraz jak wróciłam do drutów, czyli dziesięć lat temu? Tu też się przeprowadzałam kilka razy. Pierwszy był zwykłym zeszytem w lakierowanej okładce z ładnym widoczkiem (to już były te czasy z ładnymi okładkami), ale się zamykał w czasie pracy. Przeniosłam się wiec do kołonatatnika i przez długi czas miotałam się między koncepcjami czy to ma być czystopis, czy brudnopis, nie wnikając w szczegóły, po latach miałam klarowną koncepcję co jest dla mnie najwygodniejsze do robótek ręcznych, otóż muszę mieć i na czysto i na brudno, kupiłam więc luksusowy notes z okładką mieniącą się kwiatkami i listowiem. Wpisuję w niego wszystkie robótki i chociaż zdarza się, że nie wpisałam rozmiaru drutów, to jednak bardzo rzadko.

Bardzo często z niego korzystam i sprawdzam jakimi drutami robiłam, z jakiej włóczki i jaka próbka.  
W zeszłym tygodniu wpadłam na pomysł katalogowania kolorów włóczek. Wiem, wiem, brzmi nieco obłędnie (w sensie wyższego poziomu obłędu), ale naprawdę, to że  nie miałam zapisanych porządnie kolorów, kosztowało mnie sporo pieniędzy. Ale to długa historia, nie taka co prawda jak ta o zeszytach, nadaje się na kolejny odcinek. 


Do katalogowania wystarczy mała karteczka z dziurkowaniem - obok przywiązanej włóczki wpisujemy kolor i tyle. Nie wiem czemu obmyślenie tego sposobu zajęło mi tyle czasu. A próby podejmowałam różne - przywiązywałam na przykład kawałek włóczki do etykiety z kolorem, no ale o ile ten sposób jest w miarę wygodny w przypadku dwóch kolorów, o tyle w przypadku piętnastu jest idiotyczny. 

Mam też od lat notesik z adresami. Zmęczywszy się ciągłym przepisywaniem adresów i telefonów z kolejnych kalendarzyków, kupiłam luksusowy (no tak, utracjusz ze mnie zeszytowy) notes Moleskine. Jest czarny i poza gumką w ogóle nie jest ozdobny, ale bardzo mnie pociesza fakt, że notes takiej samej firmy miał van Gogh, w związku z tym nie wyprowadzam się z niego od lat. A skoro mowa o van Goghu, to (zachowując proporcje) kupiłam sobie niedawno szkicownik (bo miał śliczną okładkę)i codziennie (albo prawie) w nim szkicuję, kiedyś lubiłam rysować, mój tata ślicznie rysował, więc po trzydziestu latach przerwy wróciłam. W końcu skoro robię na drutach, czytam, prawie haftuję krzyżykami, kataloguję i organizuję, to chwila na szkicowanie też się znajdzie. 

I ostatni, co nie oznacza, że najgorszy to notes ogólny. Od lat mianowicie wiedziałam, że kalendarze to nie dla mnie, nie zapisywałam w nich 80% kartek, rok mijał, kalendarz do wyrzucenia. Z karteczkami nie umiem, więc byłam bardzo niepocieszona. Aż w końcu znalazłam rozwiązanie (znowu po latach, ale ja jestem nie bez powodu alezaraz@).


Kupiłam sobie w imieniu wnucząt i spersonalizowałam, czyli urządziłam się w nim wygodnie. Mam ozdoby, mam wklejony kalendarz, mam kieszonkę na karteczkę z zakupami (bo wiadomo, wygodniej na zakupy iść z karteczką niż z notesem, a przez pandemię nabrałam niechęci do korzystania z telefonu na zakupach), mam rachunki i rzeczy do załatwienia. Mam też muzykę, jaka mi się podobała, bo wiadomo, przeważnie to Dimash, ale nie zawsze. 




 
Bardzo dumna jestem z kieszonki zrobionej z pudełka po skarpetkach :D


Mogę tu wklejać kawałki papierów do prezentów, widokówki czy opakowania po cukierkach. Chociaż Czajkomąż mnie straszy, że opakowania po cukierkach mogłyby się nie zmieścić. No nie wiem, na razie odstawiłam się od cukru. 
- Że też ci się chce - powiedziała koleżanka na widok moich dokonań zeszytowych i zdobniczych. No tak, zawsze mi się chce kiedy w grę wchodzą rzeczy miłe i przyjemne dla oka. Czego sobie i Wam serdecznie życzę.
Dziękuję bardzo za odwiedziny i przemiłe komentarze, dobrego dnia!

Ps. Bajki zakładałam bardzo bajkową zakładką, która już kiedyś była, ale to nic nie szkodzi.